Studio IO Interactive odłożyło na chwilę na bok serię Hitman i skupiło się na Jamesie Bondzie w 007: First Light. Sprawdźmy, czy warto zapracować na licencję na zabijanie.
Nie ukrywam, że wiązałem spore nadzieje z grą 007: First Light. Nie tylko dlatego, że od premiery ostatniej udanej (w moim przekonaniu) produkcji o przygodach Bonda minęło ładnych kilkanaście lat. Mam naturalnie na myśli 007: Blood Stone, do którego nadal lubię wracać. Nie sposób się jednak nie zgodzić z tym, iż pod wieloma względami jest to dość archaiczny tytuł. Oprawa wizualna pozostawia aktualnie wiele do życzenia. Za to czołówka nadal jest świetna i uważam ją za jedno z najlepszych otwarć związanych z Jamesem Bondem. I to nie tylko patrząc na same gry, ale również na filmy. Możecie ją sobie przypomnieć niżej.
Kiedy IO Interactive zapowiedziało swoją wizję przeniesienie agenta z licencją na zabijanie, byłem po prostu zachwycony. To przecież studio, które przyniosło nam przede wszystkim bardzo dobrą serię HITMAN. Jako fan skradanek, nie kryłem swojego zainteresowania. Jednak nie tylko skradanka miała być dostępna w First Light. Tytuł miał być na tyle elastyczny, że równie dobrze powinien sprawdzić się zarówno jako strzelanka, jak i chodzona bijatyka. Czy tak jest istotnie? Za chwilę się tego dowiecie. Zapraszam do mojej recenzji.
W służbie Jego Królewskiej Mości




Jedną z najważniejszych składowych wielu filmów o agencie 007 jest oczywiście fabuła. Nie będę absolutnie wprowadzał spoilerów do mojego artykułu. Możecie czytać tę recenzję bez obawy o zdradzanie Wam wydarzeń z gry. Nie znaczy to jednocześnie, że nie napiszę niczego o historii, jaką pokazuje nam IO Interactive. Jak możecie wiedzieć z oficjalnych materiałów publikowanych przed premierą First Light, występujący tu James Bond jest daleki od tego, którego znamy z mnóstwa filmowych wersji. Ojcowie serii HITMAN postanowili przedstawić nam Jamesa na początku jego kariery w agencji MI6. Bond bynajmniej nie jest najbardziej posłusznym kadetem i nierzadko będzie kierował się emocjami. Naturalnie nie będzie to odpowiadało części jego przełożonych – między innymi Greenway’owi. Pewne wydarzenia zmuszą jednak wiele stron do zagryzienia zębów i schowania dumy do kieszeni. Nie będę pisał dlaczego ktoś tak krnąbrny jak Bond może być wysyłany na misje, ale uważam, że IO Interactive przedstawiło za tym całkiem sensowne argumenty.




Historia jest wciągająca i ma bardzo sprawnie realizowane przerywniki filmowe. Nie brakuje też wystąpień znanych osobistości. Mnie najbardziej przypadła do gustu kreacja Lenny’ego Kravitza, który wcielił się w pirackiego władcę, Bawmę. Nie mogę też nie docenić bardzo fajnego samouczka. Przede wszystkim nie jest to krótka sekwencja prostych zadań, w których musimy wciskać odpowiednie przyciski w konkretnych momentach. Takie etapy oczywiście też występują, ale nie są one główną częścią wprowadzenia. Bierzemy w jego ramach udział w szkoleniu Bonda i dowiadujemy się czegoś na temat jego historii sprzed czasów MI6. Samouczek to kilka godzin rozgrywki, w której napotkamy wiarygodnie napisane postaci oraz wykonamy bardzo interesujące misje. Fabuła to mocny punkt 007: First Light i uważam, że fani kina szpiegowskiego będą zadowoleni. Ja jestem.
Pozdrowienia z Rosji




Opisując rozgrywkę w 007: First Light, warto zaznaczyć, że znajdziemy tutaj dwa tryby rozgrywki. Pierwszy z nich to kilkanaście misji fabularnych. Nie brakuje w nich skryptowanych sekwencji, które z góry ustalone są na dynamiczne sceny – to przecież widowiskowe kino akcji, z którym kojarzy się filmy z Jamsem Bondem. Właśnie w tych momentach First Light bardzo przypomina serię Uncharted. Będziemy walczyć na samolocie (na samym samolocie, nie na pokładzie 😉), weźmiemy udział w pościgach w mieście, czy też przeskoczymy między dachami walcząc po drodze z przeciwnikami uzbrojonymi w broń palną. To zaledwie kilka scen, które na nas czeka i nie ukrywam, że z ogromną przyjemnością oraz zainteresowaniem wykonywałem kolejne zadania. Nie znaczy to absolutnie, że nie będziemy też spokojnie zwiedzali terenów misji. Ponownie przytoczę tu HITMANA, bo często można odnieść wrażenie, że gramy w nową odsłonę przygód Agenta 47.




Analogie widać nie tylko w podobnym interfejsie na ekranie. Projekt zadań również wywołuje skojarzenia z cyklem World of Assassination. Mianowicie, przechadzając się po przykładowych muzeach czy hotelach możemy natknąć się na okazje do podsłuchania pewnych podpowiedzi. Pozwoli to nam dowiedzieć się, skąd wziąć kod do sejfu lub gdzie na przykład znajduje się klucz do jakiegoś pomieszczenia. Nie musimy słuchać tych konwersacji, ale moim zdaniem warto to robić. Szkoda jednocześnie, że możemy wsłuchać się w rozmowę tylko z jednego konkretnego miejsca. Musimy do niego podejść i nacisnąć przycisk, a Bond wyjmie smartfona i będzie udawał, że go przegląda (moim zdaniem to sensowne rozwiązanie, choć lepiej byłoby gdyby James co jakiś czas przesuwał palcem po ekranie swojego telefonu). James, podobnie jak 47, może wspinać się po rurach i zwisać z gzymsów. Ma jednak dużo bardziej rozwinięte możliwości ofensywne.
Żyj i pozwól umrzeć




Jeśli graliście w serię HITMAN, to zdajecie sobie bez wątpienia sprawę, że otwarta walka nie była rekomendowanym stylem. Co prawda nasz łysy zabójca był w stanie sięgać po broń palną, ale nie było to moim zdaniem właściwe zachowanie. Przede wszystkim skutecznie psuło to klimat. Ponadto HITMAN ewidentnie nie był przystosowany do priorytetyzowania akcji. W 007: First Light natomiast skradanie jest tak samo porządnie wykonane jak właśnie akcja. Przekradając się, możemy nacisnąć R1, aby przykleić się do osłony. Nadal będąc w ukryciu, możemy sięgnąć i znokautować przeciwnika. Jesteśmy też w stanie wykorzystać zapewniane przez Q gadżety, aby zapewnić sobie wsparcie w boju. W naszym arsenale znajdziemy między innymi kulki dymne posyłane z opakowania na słuchawki bezprzewodowe. Co istotne, możemy ze sobą zabrać tylko część gadżetów, więc należy zastanowić się, które z nich najbardziej odpowiadają naszemu stylowi rozgrywki. Ja na ogół brałem smartfona lub kulki dymne.
Poziomy, w jakich będziemy działać są zresztą bardzo otwarte. Niezależnie od tego, jakie mamy ze sobą gadżety, możemy przedostać się do celu na wiele sposobów. Nierzadko odblokujemy dzięki temu wyzwania, co jest jeszcze jednym podobieństwem z HITMAN-em. Nie brakuje opcji przejścia poziomów całkowicie po cichu, bez wykrycia nas przez przeciwników. Docenione zostanie też odszukiwanie wszystkich znajdziek (część z nich odnosi się do filmów z Jamesem Bondem). Coś dla siebie znajdą również zwolennicy otwartych walk. Możemy walczyć wręcz, na gołe pięści. Naciskając kwadrat na padzie, wyprowadzimy cios. Odpowiednio wiele razy naciskając go lub przytrzymując, wyprowadzimy kopniaki, czy ataki pięścią w wątrobę przeciwnika.
Możemy też pochwycić oponenta i pchnąć go na elementy środowiskowe. Nie tylko będą się one bardzo satysfakcjonująco psuły, ale też mogą wyłączyć z walki naszego adwersarza. Część ataków uda się nam sparować – do czego służy przycisk kółko na padzie – a części będziemy musieli unikać. Sterowanie w walce jest proste i łatwo je opanować. Doceniam też możliwość zmienienia przypisania przycisków na kontrolerze do akcji. Walki na pięści bez wątpienia nie są tak dopracowane jak w serii Batman: Arkham, ale i tak wciągają.
Człowiek ze złotym pistoletem




James Bond nie zawaha się sięgnąć po broń palną, aczkolwiek kieruje się przy tym pewnymi zasadami. No, właściwie jedną zasadą – musi mieć do czynienia z zagrożeniem swojego życia. W takim przypadku MI6 przyznaje mu licencję na zabijanie, co widać na środku ekranu na górze. Możemy wtedy korzystać ze swojego służbowego pistoletu, ale to nie jedyna dostępna giwera. Natkniemy się bowiem też na różnego rodzaju karabiny – od automatycznych po maszynowe, na snajperskich kończąc. Są również strzelby czy inne rodzaje pistoletów. Nie uważajcie jednak, że 007: First Light to bezmyślna strzelanka – przynajmniej na najwyższym poziomie trudności. Ja grałem właśnie na nim i moim zdaniem wymiany ognia stanowią wtedy przyjemne wyzwanie.
Niekiedy zdarzyło mi się zginąć, aczkolwiek nie obwiniałem za to nigdy samej gry, a jedynie moją próbę szarżowania. Szukanie osłon terenowych to podstawa przeżycia strzelanin, podobnie jak oczywiście pilnowanie stanu amunicji. Niekiedy znajdziemy co prawda dodatkowe magazynki, aczkolwiek często musimy po prostu rotować bronią. Spodobało mi się to, że nawet pusta spluwa nie jest śmieciem – możemy nią cisnąć w przeciwnika, by zadać mu niewielkie obrażenia lub ogłuszyć na chwilę. Wystarczy ona nierzadko, aby uderzyć wroga bardziej siłowymi argumentami i przekonać go do swoich racji. Aż będzie szukał kontrargumentów na podłodze 😉
GoldenEye




Z pewnością niejeden fan Jamesa Bonda nierozerwalnie kojarzy tę postać z gadżetami. Nie brakuje ich w recenzowanej dziś propozycji od IO Interactive. Gadżetów nie jest co prawda mnóstwo – choć nie zdradzę Wam ich dokładnej liczby – ale w moim przekonaniu jest ich wystarczająco do tego, aby nie czuć przeładowania pomysłami. Q postanowił przede wszystkim wyposażyć Bonda w zegarek (oczywiście firmy Omega). Dzięki niemu zhakujemy wiele urządzeń i wprowadzimy zamieszanie w szeregach nieprzyjaciela. Możemy na przykład wypuścić dym z klimatyzacji, by ograniczyć widoczność przeciwnika, czy zdalnie aktywować wentylator, by zdmuchnąć oponenta w przepaść. Ja jednak najbardziej przekonałem się do lasera w zegarku, dzięki czemu mogłem przecinać niekiedy kłódki blokujące przejścia. Podobało mi się też wyłączanie – na stałe lub chwilowe kamer za pomocą zegarka. Gadżety możemy też ulepszać, ale w tym miejscu warto przejść do osobnego trybu – symulacji taktycznych.
Świat to za mało




Po przejściu kampanii – co zajmuje ładnych kilkanaście godzin (a może i więcej, ale jeszcze rozwinę tę myśl) – bynajmniej nie kończy się nasza przygoda z 007: First Light. Przede wszystkim mamy osobny tryb symulacji taktycznych. Znajdziemy w nim Operacje i Eskalacje – znane z serii HITMAN coraz trudniejsze, bardziej rozbudowane zestawy zadań do wykonania na narzuconym obszarze. Skłaniają nas one do pokonywania wrogów w określony sposób – na przykład przerzucając przez barierkę lub strzałami w głowę – i muszę przyznać, że bardzo lubiłem spędzać czas w tych symulacjach. Zwłaszcza, że możemy tu – i, niestety, tylko tu – przebierać Bonda w inne stroje.
Nie znajdziemy tej opcji w kampanii fabularnej, a szkoda. W symulacjach taktycznych możemy – podobnie jak w kampanii – wykonywać opcjonalne wyzwania. Mogą polegać na załatwieniu 10 strażników w konkretnej sekcji poziomu, czy na ukończeniu jej bez wdawania się w konflikt. Jak więc widzicie, wyzwania wykluczają się nawzajem i niewykonalne jest ukończenie ich wszystkich za jednym razem. Powtarzanie poziomów jest koniecznością jeśli chcecie osiągnąć wszystko, co gra ma do zaoferowania.




Warto jeszcze zaznaczyć, że w trybie taktycznych symulacji kolejne misje odblokujemy w miarę postępu fabularnego. Uważam w związku z tym, że najlepiej jest wziąć się za ten tryb po ukończeniu fabuły. W symulacjach zdobywamy też wewnętrzną walutę gry, za którą odblokujemy ulepszenia gadżetów, broni i dodatkowe stroje. Zaznaczam jednocześnie – absolutnie nie są to mikrotransakcje. Nie ma innej możliwości pozyskiwania tych środków, jak tylko wykonując wyzwania. Czuję się też w obowiązku zwrócić uwagę na pewną kwestię. Mianowicie, aby móc wykonywać wyzwania – oraz grać w taktycznych symulacjach – musimy mieć połączenie z siecią. W grze dla jednego gracza. Nie podobało mi się to już w cyklu World of Assassination i nie podoba się w 007: First Light. Grając offline, macie po prostu dostęp do trybu fabularnego, ale bez opcjonalnych celów do realizowania. Podejrzewam, że najbardziej będzie to przeszkadzało, grając w podróży na Nintendo Switch 2. To jednak póki co tylko mój domysł i na tę chwilę nie znamy dokładnej daty premiery gry na Switchu 2.
Tylko dla twoich oczu




Jak na grę wydaną w 2026 roku przystało, 007: First Light prezentuje się bardzo dobrze. Modele postaci są szczegółowe (choć włosom należałoby się więcej dopracowania). Widać to zresztą na zrzutach ekranu okalających tę recenzję. Świetnie przedstawiają się odbicia w lustrach – szczególnie, jeśli tafla jest popękana po uderzeniu jej przez nas lub przeciwnika. Z jednej strony doceniam też zapewnienie nam wyboru – 30 klatek na sekundę w wyższej jakości obrazu lub niższej jakości grafiki z większą liczbą klatek na sekundę. Szczerze muszę jednak przyznać, że wizualnie nie widziałem wielkiej różnicy między jakością, a wydajnością. Nie mogę tego napisać co do działania gry, wobec czego bez żalu postawiłem na wydajność.
Gra działała wtedy niesamowicie płynnie. Zaznaczam, że grałem na podstawowym, premierowym wariancie konsoli PlayStation 5. Kiedy wybrałem jakość, to spadki poniżej 30 klatek na sekundę były nagminne i nie jestem w stanie polecać grania właśnie w tym trybie – w silnym kontraście do wydajności. Doceniam też obsługę efektów dotykowych pada DualSense. Kontroler bardzo przyjemnie wibruje, kiedy otoczenie powinno drżeć i aż szkoda, że nie pokuszono się o zaimplementowanie bardziej wyczuwalnych adaptacyjnych spustów podczas strzelanin. Niemniej jednak nawet dla efektów dotykowych warto sprawdzić tę grę na PS5.
Nigdy nie mów nigdy




007: First Light to z całkowitą pewnością czołówka najlepszych gier o Jamesie Bondzie. Nasz agent bynajmniej nie stroni od fizycznych kontaktów z kobietami (co widać już – choć nie tylko – na początku rozgrywki), ale też ma świadomość swojej misji i chce ją zrealizować jak najlepiej potrafi. Nie zawsze wszystko się uda, ale to właśnie dlatego można poczuć, że Bond w wizji IO Interactive to prawdziwy człowiek. Moim zdaniem pod tym względem najbliżej mu do wersji Daniela Craiga. Fabuła jest prowadzona bardzo dobrze, choć znajduje się w niej trochę nieco zbyt przegadanych, za bardzo spokojnych i rozciągniętych momentów. Niemniej ani trochę nie żałuję spędzenia czasu z tą produkcją.




Wiele dróg do celu i częste oddawanie nam wyboru co do sposobu wykonania zadania – walcząc lub przekradając się – zachęcają do parokrotnego przechodzenia gry. Natomiast tryb symulacji taktycznych stanowi motywację do osiągania coraz lepszych wyników i stanowi potencjał na rozwijanie zawartości w popremierowych aktualizacjach. Kiedy czegoś się o nich dowiem, dam Wam oczywiście znać, więc zachęcam do regularnego zaglądania na naszą stronę. Kończąc już tę recenzję, jestem przekonany, że wielu miłośników Bonda z ogromną przyjemnością będzie grało w 007: First Light. Zwłaszcza, że możemy natknąć się na znajdźki odwołujące się do filmów o tym agencie. Gdyby tryb jakości działał lepiej, a połączenie z siecią nie blokowało wyzwań i symulacji taktycznych, to ocena byłaby jeszcze wyższa. Skoro jednak jest jak jest, to musi wystarczyć „tylko” 8/10. Jest bardzo dobrze i nadal warto sięgnąć po ten tytuł. Mogło jednak być dużo lepiej i jest to wyraźnie widoczne.
Kod recenzencki zapewnił producent, studio IO Interactive.

Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.