Już 6 października na konsolach i PC pojawi się Star Wars: Galactic Racer. Sprawdźcie naszą recenzję!
Od premiery Star Wars Episode I: Racer minęło już prawie 30 lat, a część z nas wciąż z wypiekami na twarzy wspomina ściganie się na Tatooine, pomocne droidy i eksplorację nieznanych planet w bardzo szybkim podracerze. Port gry na konsole przywrócił mu trochę życia, a nam dał okazję, by wrócić się w czasie. Czy Star Wars: Galactic Racer to godny następna kultowej ściganki? Czy to tylko odświeżona gra naszego dzieciństwa, czy może coś więcej?
Star Wars: Galactic Racer
Jak wiemy, Star Wars: Galactic Racer składa się zarówno z kampanii dla pojedynczego gracza, jak i z trybu rozgrywek sieciowych. W dzisiejszej recenzji skupimy się jedynie na trybach gry dostępnych “offline”, czyli kampanii, Arcade i Scenariuszach.
Shade
Protagonistą historii jest Shade, postać którą na samym początku możemy ciut dostosować, wybierając jego ciało, a także głos. Jak się mogliście już domyślić, twórcy pozwalają nam przybrać bardziej męskie lub żeńskie kształty, a także wybrać głos, spośród aż 16 różnych wariantów. Po co? (Spytał mój syn zaglądając mi w ekran). Żeby lepiej wyglądać na podium, proste!
Szybko okazuje się jednak, że gra pozwoli nam poruszać się (z widokiem z trzeciej osoby) naszą postacią po rajdowym miasteczku. Dzięki temu będziemy mogli wejść w interakcje z innymi rajdowcami, naprawić czy ulepszyć nasz pojazd, a także dowiedzieć się więcej o fabule i Kestarze, naszym głównym przeciwniku. Konflikt pomiędzy Shadem a Kestarem Bool sięga jednak znacznie głębiej, niż jedynie wyścigi w Galaktycznej Lidze.







Szczegółów przeszłości Shade’a będziecie musieli dowiedzieć się jednak sami!
Kampania
Najważniejszą atrakcją gry są oczywiście wyścigi. W trybie kampanii rozpoczynamy przygodę od wybrania ścigacza, spomiędzy trzech dostępnych modeli (które po odblokowaniu sami ulepszamy i malujemy), a także perków.
Naszym pierwszym celem jest w ogóle zakwalifikowanie się do Galaktycznej Ligi. I nie uda nam się to (raczej na pewno) przy pierwszym podejściu. Nie mamy na szczęście limitu porażek, a między każdymi kolejnymi zawodami będziemy mieli szansę ulepszyć swój pojazd. Albo odblokować kolejny jego modal.



Po kilkudziesięciu wyścigach i dotarciu do Galaktycznej Ligi (Akt 2 gry) moim ulubionym modelem jest Speeder Bike. Bardzo zwrotny, trochę szalony, ale bardzo szybki. Jego małe body także pomaga, szczególnie w węższych przejściach.
Star Wars: Galactic Racer to roguelite
Każde kolejne zawody to seria wyścigów, przeplatanych fabularnymi wstawkami, a pomiędzy wyścigami nagrody w stylu roguelite. Bo tak, Star Wars: Galactic Racer to roguelite. Niespodzianka! Ulepszenia części czy umiejętności będą nam losowane spośród odblokowanych, w zestawach po trzy. Może się więc zdarzyć tak, że nawet po 10 wyścigach nasz drift wciąż nie będzie miał dodatkowych punktów, a tarcza, której nie możemy się doczekać, wciąż nam się nie wylosowała.






Ulepszenia do części, a czasem także i inne nagrody, będziemy mogli dostać za ukończenie wyścigów. W niektórych wyższa pozycja da nam wyższe nagrody, w większosci będzie to po prostu więcej kredytów.
Jest to ciekawy mechanizm, który jednoczeście w dość prosty sposób gwarantuje nam, że każde kolejne zawody będą zupełnie inne. Ulepszenia części i umiejętności resetują się z każdym nowym turniejem.
Do tego mamy jeszcze unikatowe umiejętności przypisane do różnych stylów kierowcy. Będziemy je sukcesywnie odblokowywać przez ukończenie wyzwań czy kamieni milowych w grze. Im więcej czasu spędzimy korzystając z danego stylu z aktywną umiejętnością, tym więcej bonusów zgarniemy (maksymalnie trzy poziomy).

Nie dość więc, że mamy szansę zapoznać się z gwarantowanymi umiejętnościami, to jeszcze możemy dostać za to ulepszenia i mieć kolejne wyzwanie. Kolejny dobrze przemyślany element.
Ale. Czy jesteśmy gotowi na samo ściganie?
Bez zbędnego (no dobra, dodatkowego) przedłużania. Przejdźmy do głównej atrakcji. Samego ścigania.
W telegraficznym skrócie: jest świetnie. Intensywnie, wymagająco i ciekawie.
Jak w “starej” grze, tak i tu turniej przenosi nas między różnymi planetami, na których czyhają innego typu zagrożenia. Lawa? Toksyczne jeziora? Przeraźliwy chłód? Tak. I więcej!












Różne warunki inaczej będą wpływać na nasz ścigacz, utrudniając nam manewrowanie, zasłaniając pole widzenia czy po prostu powoli nas niszcząc. Auć.
Na plus są różne scenerie, czasem jakby znajome, czasem zdecydowanie znajome, atakże charakterystyczne punkty, które pozwolą nam choć trochę przewidzieć, co znajdzie się przed nami na mapie. A same tory wyścigowe wyglądają, jakby były faktycznie losowe. Części ich będą się zmieniać między wyścigami na tych samych planetach, idealnie walcząc z potencjalną monotonią.
Same zawody będą miały kilka ścieżek, które pozwolą nam choć trochę zdecydować o tym, jakie wyścigi zobaczymy.



Poza typowymi wyścigami, w których zmierzymy się w gronie (zazwyczaj) 8 lub 12 kierowców, mamy także tryb Eliminator, w którym co kilkanaście sekund eliminowana jest ostatnia osoba, aż do czwartego miejsca. Finałowa trójka walczy o wygraną na samej końcówce wyścigu (zazwyczaj jest to niepełne okrążenie). Oprócz tego będą też Testy, gdzie nie będziemy mieć przeciwników, ale konkretnym ścigaczem będziemy musieli osiągnąć odpowiednią liczbę punktów, czy pobić rekord czasowy. I są to faktyczne wyzwania! Szczególnie, że to zupełnie nowy dla nas pojazd.
Jak się przegrywa?
A powiem Wam, że widowiskowo.
Twórcy postanowili nasze porażki uwiecznić w panoramicznych, filmowych wręcz ujęciach.



Dostajemy wtedy ramkę z góry i z dołu i patrzymy sobie, na pięknych klatkach, jak nasz pojazd zostaje zniszczony w drobny mak. A my nie możemy z tym nic zrobić, nie wtedy.
Zagrożenia znajdziemy wszędzie. Od innych graczy, przez… skały, po ogień czy kwas. A inni kierowcy mogą nie tylko uderzać w nas swoimi ścigaczami, ale także zastawiać pułapki czy atakować specjalnymi umiejętnościami. Nie ma nudy!
Sterowanie
Sterowanie jest logiczne, chociaż gra szybko przedstawia nam aż dwa rodzaje dopalaczy, ten typowy oraz Ramjet, niebezpieczny, dający dłuższego kopa, ale przegrzewający naszego podracera. Opanowanie go zajmie nam chwilę, ale będzie warte zachodu. Klawiszologia przy tym i driftowaniu robi się na tyle ciekawa, że można poczuć się jak w aucie z manualną skrzynią biegów. Palec na RT obecny będzie zawsze, ale do tego mamy A i X, umiejętności na d-padzie i LB i LT.
Z ciekawych rozwiązań, przed startem gry, pomiędzy cutscenką a ostatnim odliczaniem, będziemy mieli okazję wykonać parę sekwencji klawiszy, które aktywują, przyspieszą lub wzmocnią nasze umiejętności czy perki.
Wrażenia
Przyznam szczerze, że wciąż mi mało. Włączam tę grę w każdej wolnej chwili, przechodzę parę wyścigów i irytuję się, gdy Eliminator zestresuje mnie na tyle, że popełniam głupie błędy i wypadam z zawodów. Wrrr. Ale to dobrze, to znaczy, że faktycznie się wciągnęłam, a gra jest na tyle dobra, że wracam.
Mam już swój ulubiony model podracera, wciąż nie udało mi się odtworzyć wspomnień Sebulby, a bez trybu Multiplayer, nie mam jeszcze dostępu do niektórych postaci.






Poza tym jednak, mam kampanię na ten moment, gdy chcę mieć większą satysfakcję z jazdy. Mam wyzwania w trybie Arcade i Scenariusze, gdy chcę przyspieszyć odblokowywanie umaszczeń ścigaczy, czy zdobyć dodatkowe punkty ulepszeń.
Bardzo podoba mi się, że jest tu bardzo dużo do roboty, a w sekcji Arcade możemy przetestować różne dostępne typy wyścigów.
Stopniowo odkrywania historia, odblokowywane umiejętności i planety, sprawiają, że przez bardzo długo nie będziemy mieć dość. A rotacja wyzwań nie pozwoli nam się znudzić.






Oprawa graficzna nie zostawia nic do życzenia, a wydajność jest na wysokim poziomie i nie zdarzyło mi się, by gra choć raz gubiła klatki. Gratulacje, naprawdę. Wątpię, że ktokolwiek będzie rozczarowany.
Grę do recenzji udostępnił wydawca, Plaion Polska.
Star Wars: Galactic Racer zadebiutuje już 6 października na konsolach PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S, a także na PC.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.