Na początku września ukazała się kolejna odsłona wirtualnego hokeja na lodzie – NHL 27. Sprawdźmy więc, jak radzą sobie tym razem hokeiści od EA Sports.
Jak część z Was na pewno wie, od kilku lat recenzuję kolejne odsłony serii NHL. Wszystko zaczęło się w roku… Nie no, żartuję, nie będę Wam przedstawiał całej mojej historii zamiłowania do hokeja (Go Habs!). Wybaczcie, wyrwało mi się. Lekarz mówił, że to normalne kilka tygodni przed sezonem. Ale do rzeczy. NHL 27 – kolejna odsłona wirtualnego hokeja na lodzie – zadebiutowała na konsolach w standardowym wydaniu (pomijając oczywiście dostępną od 4 września wersję Deluxe) 11 września. Spędziłem z nią ponad 40 godzin (a z ubiegłoroczną częścią niemal 600 godzin). Jestem więc w stanie co nieco o niej napisać. Zapraszam do mojej recenzji.
Tryby gry

Na dobrą sprawę, sięgając po NHL od EA Sports można być niemal pewnym tego, co dostaniemy. Zmieniają się oczywiście składy zawodników, ale jednak od lat tryby gry pozostają takie same. Nie inaczej jest w przypadku tegorocznej odsłony. Dlatego też nie widzę sensu w kolejnym przedstawianiu dokładnych zasad poszczególnych trybów. Zamiast tego skupię się na nowościach w tym względzie, choć napomknę oczywiście również o stałych bywalcach. Na pewno do nowości należy zaliczyć Connected Franchise. W zasadzie jest tu sporo podobieństw do Franchise Mode (które naturalnie powraca w 27-ce). Ponownie mamy do czynienia z zarządzaniem składami i finansami, chcąc zadbać o jak najlepsze osiągi i chemię naszych hokeistów.
Podstawowa różnica jest natomiast taka, że o ile w Franchise Mode mogliśmy grać offline i było przeznaczone dla jednego gracza, o tyle Connected Franchise wymaga połączenia z siecią i subskrypcji abonamentu Game Pass lub PlayStation Plus. W trybie tym mamy możliwość korzystania z oficjalnych składów ligi, ale też własnych personalizowanych (również w ramach Fantasy). Niezwykle istotna jest tu rola tak zwanego Commissionera. To on narzuca limit płac (salary cap) na drużyny w lidze, czy też liczbę meczów i inne parametry.




W przeciwieństwie do Franchise Mode nie możemy symulować spotkań aż do tego, w którym możemy faktycznie zagrać. Tu wszystko dzieje się na żywo w odpowiednim czasie. W lidze może być od 2 do 32 drużyn sterowanych przez graczy. Gracze mogą kierować zarówno poczynaniami pojedynczego zawodnika, jak i całej drużyny. Jest to bardzo fajny tryb, który na pewno docenią miłośnicy współzawodnictwa. Co istotne, jest obsługiwana rozgrywka międzyplatformowa. Nie ma więc przeszkód, by gracze z Xbox Series grali z użytkownikami PlayStation 5 w jednej lidze. Uważam to za bardzo dobrą decyzję. Nie jest to co prawda całkiem nowy tryb – występował przecież już w NHL 15 – aczkolwiek wobec stagnacji EA Sports od wielu lat dobrze, że zdecydowano się na wprowadzenie czegoś innego niż w ostatnich kilkunastu częściach.




No i cóż… To właściwie tyle jeśli chodzi o nowości w trybach gry. Be a Pro nie doczekało się istotnych zmian i nadal jest to moim zdaniem tryb, który miałby potencjał na zainteresowanie graczy. Możemy tu kierować karierą naszego własnego zawodnika (zarówno hokeisty, jak i bramkarza) przez całą jego hokejową historię. Od pierwszych meczów na amatorskich lodowiskach po draft i ostatecznie wymarzone zmagania w wielkich, legendarnych wręcz miejscach (jak na przykład Bell Centre). Edytor postaci, jak i lodowiska są bardzo rozbudowane i pozwalają na sporą dozę personalizacji. Nie jest to jednak nic, czego już byśmy nie widzieli. Powracają również World of CHEL (wieloosobowy tryb rywalizacyjny), Threes, One Eliminator czy (mój ulubiony od wielu lat) HUT (Hockey Ultimate Team). W tym ostatnim zbieramy oczywiście paczki z kartami zawodników, lodowisk i jersey, a także trenerów. Warto tu zatrzymać się na chwilę.




Po raz pierwszy możemy bowiem włączyć do naszej drużyny realnych trenerów z ligi. Zapewniają oni – podobnie jak kapitanowie (choć niestety ponownie nie każdy zawodnik może być kapitanem – muszą oni należeć do odpowiedniej kolekcji kart) – specjalne premie chemii. Ku mojemu entuzjazmowi, premie trenerów są sensowne. Na przykład Martin St. Louis najwięcej daje składom, w którym jest wielu zawodników spod szyldu Montreal Canadiens. Co więcej, trenerzy faktycznie wyglądają podobnie do swoich realnych odpowiedników. Napisałem „podobnie”, bo jednak pewne różnice nadal są zauważalne. Nie jest trudno dostrzec pewne zbliżone cechy wizualne, niemniej jednak nie jest to jakiś wybitny poziom oprawy graficznej. Fryzury często są rozmazane i jakość tekstur trenerskich nierzadko mocno odstaje od jakości samego lodowiska i najważniejszych elementów.
Na pewno jest to krok w dobrą stronę i mam nadzieję, że w NHL 28 element ten zostanie dopieszczony. Na razie pozostawia pewien niedosyt. Muszę za to pochwalić EA Sports za lekkie poprawienie prędkości ładowania się menu kart, które otwieramy w HUT. Nie jest ono tak powolne, jak w ostatnich latach, aczkolwiek wciąż jest tu sporo miejsca na poprawki. Nie można powiedzieć, żeby było błyskawiczne i niestety wciąż zdarzają się problemy z serwerami. Jest to naturalnie najbardziej irytujące podczas rozgrywki, na której za chwilę się skupię.
Rozgrywka
Wydawać by się mogło, że opisanie rozgrywki w hokeju na lodzie jest proste. Wystarczy przecież znać zasady tego sportu i wszystko jest jasne. W kontekście growej adaptacji jest to jednak zbyt daleko moim zdaniem idące uproszczenie. Przede wszystkim należy wspomnieć o kilku modelach sterowania. Mamy do dyspozycji hybrydowe, Total Control oraz Skill Stick. Ten ostatni zapewnia największą kontrolę nad ruchem kija, ale wymaga poświęcenia sporo czasu na opanowanie wszystkich ruchów. Moim ulubionym jest Total Control. Pozwala mi odczuwalnie wpływać na zagrania kijem, ale też ma nieco uproszczonych schematów ruchów i zwodów oraz strzałów. Nie brakuje możliwości grania ze znajomym. Jest to możliwe zarówno przeciwko sobie, jak i w jednej drużynie (na przykład przeciwko komputerowi).



Moim zdaniem najwygodniejsze było granie przeciwko sobie – wszystko było wtedy jasne. Kiedy natomiast spróbowaliśmy zagrać razem, to bardzo trudno było się często zorientować kto steruje którym hokeistą. Oznaczenia są zbyt mało wyraźne, co doprowadza do wyrzutów frustracji. Uważam też, że system zapraszania do wspólnej sesji wymaga sporo poprawy. Na przykład ja bez problemu mogłem zapraszać znajomego do sesji. Aczkolwiek już w drugą stronę nie udało się nam tego dokonać – nie wiem dlaczego. Bardzo podoba mi się za to Playbooks. Pod tym pojęciem kryją się schematy zachowań sztucznej inteligencji w zależności od sytuacji. Każda z 32 drużyn ligi ma swój domyślny playbook, ale nie ma przeszkód, by je dostosować.
Moim zdaniem absolutnie nie należy lekceważyć tej opcji. Zauważyłem, że kiedy odpowiednio zmieniłem rozłożenie zawodników w power playu, karze, czy ofensywie i obronie, przyjemniej mi się grało. Nie znaczy to, że automatycznie wygrywałem mecze – co to, to nie. Nie mogłem jednak nie dostrzec zmian w ustawieniach mojej drużyny w zależności od sytuacji na lodzie. To świetna funkcja i jedna z najlepszych zmian w 27-ce.
Grafika i udźwiękowienie




W tym momencie dochodzimy do dwóch niezwykle istotnych w przypadku hokeja na lodzie kwestii. Mecze NHL to przecież nie tylko wbijanie goli, ale również cała otoczka. To muzyka podczas wjazdu zawodników na lód, prezentacja dokonań bramkarza (jego statystyk), widok hokeistów wykonujących pierwsze okrążenia tafli w towarzystwie wiwatów kibiców. EA Sports postanowiło spróbować przenieść tę atmosferę do swojej gry. Pierwszym krokiem ku temu jest dołączenie do gry wielu autentycznych piosenek, które słyszymy w trakcie sezonu ligi. I tak na przykład możemy słuchać Crowd Chant Joe’a Satrianiego, Burn It To The Ground zespołu Nickelback czy Motley Crue – Kickstart My Heart. O muzyce pisałem w osobnym newsie – pod tym adresem. Moim zdaniem jest ona najlepszą, jaka kiedykolwiek występowała w NHL-u od EA Sports.




Nie oznacza to absolutnie, że postawiono tu na wszystkie oczekiwane kawałki. I tak na przykład nie ma niestety Loco Locas – Le But (Montreal Canadiens) czy intra dla Carolina Hurricanes – Rock You Like a Hurricane formacji Scorpions. Zaletą jest natomiast prezentowanie naszej drużyny już od tunelu do wjazdu na lód (choć przydałoby się wtedy Fix You od Coldplay w przypadku Montreal Canadiens). Całkiem przyzwoicie sprawdza się też nowy duet komentatorów. Ogromnie spodobało mi się, że mają dużo więcej komentarzy. Często podają nawet konkretny wynik meczu (5 – 2, a nie samo They have the lead). Mało tego, są w stanie podawać statystyki zawodników (It’s his seventh of the season).
Może to wydawać się mało znaczące, ale zapewniam Was, że dla immersji ma ogromne znaczenie. Spodobała mi się też zmiana interfejsu na bardziej skondensowany. Nie ma już tak wielu zbędnych informacji na ekranie (o ile oczywiście nie włączycie On Ice Trainer). Nadal natomiast publiczność wygląda po prostu paskudnie. Ponadto w tym roku czasem kamera chce pokazać jakąś ważną akcję na powtórce, a widzimy coś, co uchwyciłem na jednym z powyższych zrzutów.
Podsumowanie




NHL 27 to jeszcze jedna odsłona hokeja na lodzie, z której oceną mam niemały problem. Z jednej strony cieszy dodanie Connected Franchise i na pewno niejeden gracz z chęcią będzie tu brał udział ze znajomym i swoimi drużynami. Z drugiej strony tak naprawdę to jedyna istotna zmiana. Poza Connected Franchise próżno tu szukać nowych trybów, a te z poprzednich lat weszły do nowej części w zasadzie bez jakichkolwiek zmian. Be a Pro nadal szybko nudzi, a HUT wciąga i zachęca do wykonywania zadań czasowych oraz kompletowania coraz to lepszych paczek zawodników. Fajnie, że dodano realne sylwetki trenerów oraz że trenerzy mają teraz wpływ na chemię zawodników. Nie mogę za to przejść obojętnie obok ponownie występujących problemów z serwerem (między innymi rozłączeniami gry oraz chwilowym zatrzymaniem rozgrywki, by po chwili nagle ją diametralnie przyspieszyć na kilka sekund).




Jestem pewny, że znów spędzę setki godzin w Hockey Ultimate Team, ale też nie mogę nie zauważyć, że tegoroczna odsłona to głównie zmiany kosmetyczne. Nie mogę w związku z tym wystawić wyższej oceny niż 7/10. Na ocenę tę niemały wpływ mają wspomniane playbooks. Nie jest to zła odsłona. Co to, to nie. Ale nie mogę też być obojętny na spore lenistwo, jakim wykazuje się studio, wypuszczając tę grę. Aktualizacja składów i dodanie trenerów pozostawia spory niedosyt. Podobnie jak słaba jakość wizualna kibiców, co widzicie na zrzutach ekranu. EA Sports, zróbcie z NHL 28 najlepszego hokeja na lodzie, jaki kiedykolwiek ukazał się na konsolach (i może wydajcie go też na Nintendo Switch 2?). Na razie widać potencjał na udoskonalenia w dobrym kierunku. Nie bójcie się jednak zmian i dodajcie nową zawartość, a nie tylko aktualizacje składów.
Kod recenzencki zapewniło EA Sports.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.