Lucky Luke to bohater, którego z pewnością rozpoznaje wiele osób. Czy początki jego przygód są warte lektury?
Lucky Luke, samotny kowboj zmierzający w stronę zachodzącego słońca, pojawił się w komiksie już 76 lat temu. Przez niemal cały wiek świat spotkał się z wieloma zmianami. Niewątpliwie dotknęły one między innymi kreski charakteryzującej obrazkowe opowieści czy podejście do pewnych nałogów. Sprawdźmy, czy mimo tego zapoznanie się z historią przedstawioną na kartkach Arizony jest dobrym pomysłem.
Fabuła

Jestem zagorzałym przeciwnikiem spoilerów – sam nie znoszę, kiedy ktoś uniemożliwia mi poznawanie opowieści i nie zamierzam psuć tego Wam. Pozwolę więc sobie przybliżyć Wam opowieść z Arizony za pomocą oficjalnego opisu, jaki znajdziemy na stronie wydawcy.
W okolicach Nugget City od dawna działa szajka napadająca na dyliżanse przewożące złoto. Samotny Kowboj ratuje życie konwojentowi cennego transportu i na miejscu rabunku znajduje trop mogący prowadzić do złoczyńców. Teraz nic go nie powstrzyma przed wymierzeniem sprawiedliwości! Później podąży do Meksyku śladem poszukiwanego przez prawo znanego rzezimieszka zwanego Papierosowym Cezarem. Pościg zawiedzie Luke’a wprost na arenę korridy, gdzie nasz bohater na oczach setek widzów będzie musiał stawić czoło nie tylko podstępnemu bandycie, ale też rozwścieczonym bykom…
Recenzowany zeszyt z pewnością nie należy do najdłuższych, aczkolwiek nie jest to jego wadą. Dzięki temu na 40 stronach znalazło się miejsce dla pościgów, strzelanin czy walki w saloonie. Znajdziemy więc standardowe elementy westernu, dzięki czemu komiks czyta się szybko i przyjemnie. Oczywiście występuje też nieco humoru, który przejawia się głównie w postaci pozostawianych przez Papierosowego Cezara notek.
Styl artystyczny

Należy tu zaznaczyć, że Lucky Luke: Arizona jest jednym z pierwszych komiksów poświęconych tytułowego kowboja. Nie znajdziemy więc źdźbła trawy ustach Luke’a, a o postaciach takich jak Bracia Daltonowie czy pies Bzik możemy zapomnieć. Z jednej strony można spotkać się z lekkim zawodem, jeśli nie wiemy o tym przed sięgnięciem po wydanie. Z drugiej strony jednak wiąże się z tym istotny plus. Mianowicie, nie musimy w najmniejszym stopniu znać realiów Luke’a, aby dobrze się bawić. Ułatwia o oczywiście wyraźna kolorystyka. Barwy występujące na kartkach są intensywne, dzięki czemu kadry nie kryją swego komiksowego powiązania. Oczywiście ilustracje są bardzo dobrej jakości i każdy, kto choć raz widział Asterixa, na pewno zauważy podobny styl w Arizonie. Nic dziwnego – Morris, który odpowiada za scenariusz i rysunki w opisywanym komiksie został później zastąpiony przez Goscinnego – współautora galijskich przygód.
Ogólne wrażenia

Lucky Luke: Arizona to na pewno komiks, którego lektura upływa łatwo, szybko i przyjemnie. Na dotarcie do ostatniej strony nie powinniście potrzebować więcej niż zaledwie 10 do 15 minut. Spora w tym zasługa stosunkowo niewielu dialogów. Większość wydarzeń jest przedstawiana po prostu za pomocą obrazków – to zdecydowanie komiks nastawiony na akcję, a opowieść odgrywa tu drugoplanową rolę. Jest tu też sporo slapsticku – walka jest ukazana groteskowo i najlepiej jest podejść do tego komiksu na luzie. Otrzymacie wtedy całkiem niezły, odprężający komiks, którym na pewno warto się zainteresować. Tym bardziej, że jest on całkiem niedrogi – na stronie Egmontu znajdziecie go za niecałe 21 złotych.
| Liczba stron | 48 |
| Wymiary | 21.6 cm x 28.5 cm |
| Scenarzysta | Morris |
| Ilustrator | Morris |
| Tłumacz | Maria Mosiewicz |
| Typ oprawy | miękka |
| Cena | od 18,54 zł |


Komiks do recenzji dostarczył Egmont.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.