The Sinking City 2 to udany survival horror od Frogwares. Świetny klimat, kapitalne lokacje i zagadki spotykają się tutaj z rozczarowującym systemem walki. Sprawdź naszą recenzję na PS5 Pro.
Nie należę do fanów gier detektywistycznych. Znacznie częściej sięgam po Resident Evil, Silent Hill czy Dead Space, dlatego do The Sinking City 2 podchodziłem przede wszystkim jak do nowego survival horroru. Materiały przedpremierowe wyglądały obiecująco, choć jednocześnie trudno było przewidzieć, czy Frogwares poradzi sobie z gatunkiem, który rządzi się zupełnie innymi prawami niż klasyczne gry śledcze.
Po kilkunastu godzinach spędzonych w Arkham mogę powiedzieć, że ukraińskie studio odrobiło większość lekcji. The Sinking City 2 potrafi skutecznie budować napięcie, oferuje świetnie zaprojektowane lokacje (tak, mamy szpital) i regularnie zachęca do eksploracji. Nie wszystko jednak działa równie dobrze. Największym problemem okazuje się walka, która odstaje od bardzo mocnych fundamentów całej produkcji.

Arkham to prawdziwa gwiazda tej gry
Największe wrażenie zrobił na mnie sam świat gry. Arkham wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać miasto pochłaniane przez nadnaturalną katastrofę. Ulice toną pod wodą, a opuszczone budynki kryją własne historie.
Frogwares świetnie wykorzystało klimat twórczości H.P. Lovecrafta. Zamiast przytłaczać gracza potworami na każdym kroku, twórcy budują niepokój za pomocą otoczenia i świetnie nagranych dźwięków. Ciemne korytarze, zalane dzielnice, migające neony i dziwne odgłosy dochodzące zza ścian sprawiają, że praktycznie przez cały czas czujemy się nieswojo.


W dodatku każda większa lokacja ma własny charakter. Zwiedzanie kolejnych budynków nie przypomina odhaczania podobnych pomieszczeń. Wręcz przeciwnie. Regularnie miałem ochotę sprawdzić, co kryje się za kolejnymi drzwiami, nawet jeśli oznaczało to spotkanie z czymś wyjątkowo nieprzyjemnym.
Survival horror pełną gębą
Frogwares najwyraźniej doskonale rozumiało, jakie elementy sprawiają, że survival horrory wciągają na długie godziny. Zasobów nigdy nie ma pod dostatkiem. Amunicja potrafi skończyć się w najmniej odpowiednim momencie, a apteczki szybko stają się towarem luksusowym.
Dzięki temu eksploracja nabiera znaczenia. Każda szafka, każde biurko i każdy opuszczony pokój mogą skrywać coś przydatnego. Nie chodzi wyłącznie o znajdźki. Gra regularnie nagradza ciekawość gracza, a jednocześnie nie prowadzi go za rękę.

Bardzo dobrze wypada również mapa. Od razu skojarzyła mi się z rozwiązaniami znanymi z Resident Evil oraz Silent Hill. Pozwala łatwo orientować się w otoczeniu, a jednocześnie nie odbiera satysfakcji z samodzielnego odkrywania kolejnych miejsc. W czasach, gdy wiele gier zamienia eksplorację w spacer od znacznika do znacznika, jest to naprawdę miła odmiana.
Śledztwa i zagadki schodzą na drugi plan
Choć The Sinking City 2 nadal zawiera elementy śledztw, tym razem nie stanowią one głównej atrakcji. Nie oznacza to jednak, że zostały potraktowane po macoszemu. Podczas zabawy natrafimy na różne zagadki oraz sekwencje wymagające odrobiny dedukcji.
Nie są może szczególnie skomplikowane, ale dobrze uzupełniają eksplorację i pozwalają złapać chwilę oddechu pomiędzy bardziej intensywnymi fragmentami kampanii. Najważniejsze pozostaje jednak to, że śledztwa nie spowalniają tempa gry. Stanowią dodatek do survival horroru, a nie jego fundament. W moim przypadku wyszło to produkcji na dobre.


Bohaterowie nie dorastają do poziomu świata przedstawionego
Niestety nie wszystkie elementy narracji prezentują równie wysoki poziom. Największym rozczarowaniem okazali się dla mnie główni bohaterowie. Calvin Rafferty i Faye Bennett pełnią ważną rolę w opowieści, jednak trudno było mi się z nimi emocjonalnie związać. Ich relacja wydaje się poprawna, ale przez większość kampanii pozostaje zaskakująco płaska i pozbawiona wyrazistych momentów.
Problem staje się jeszcze bardziej widoczny, gdy zestawimy ich z bohaterami innych współczesnych horrorów. Na początku tego roku miałem okazję spędzić kilkadziesiąt godzin z Resident Evil Requiem i różnica jest ogromna. Leon Kennedy oraz Grace Ashcroft budują relację, która wywołuje emocje, rozwija się wraz z fabułą i sprawia, że autentycznie zależy nam na ich losach. Calvin i Faye wypadają przy nich bardzo blado.
Nie pomaga również fakt, że sam Calvin nie wyróżnia się szczególnie na tle innych protagonistów gatunku. Owszem, poznajemy jego motywacje i rozumiemy cel podróży przez zalane Arkham, jednak przez większość czasu pozostaje bardziej przewodnikiem po świecie niż bohaterem, którego historię przeżywamy razem z nim. Faye również nie otrzymuje wystarczająco dużo czasu ekranowego, aby zbudować silniejszą więź z graczem.
Szkoda, ponieważ sam świat przedstawiony i atmosfera stoją na znacznie wyższym poziomie. Arkham regularnie wzbudza ciekawość, kolejne lokacje zachęcają do eksploracji, a tajemnice miasta potrafią wciągnąć na długie godziny. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że równie interesujących bohaterów po prostu tutaj zabrakło.
Atmosfera strachu działa lepiej niż tanie sztuczki
Współczesne horrory często próbują przestraszyć gracza za pomocą ciągłych jumpscare’ów. Frogwares obrało inną drogę i wyszło na tym bardzo dobrze. Nagłych wyskoków przeciwników oczywiście nie brakuje, jednak pojawiają się stosunkowo rzadko. Większość napięcia buduje atmosfera oraz nieustanne poczucie zagrożenia. Nigdy nie mamy pewności, co znajduje się za kolejnym zakrętem albo jakie stworzenie czeka w następnym pomieszczeniu.


Kilka lokacji wywołało u mnie autentyczny dyskomfort. Właśnie takich emocji oczekuję od dobrego survival horroru. Nie chodzi o chwilowy szok, ale o nieprzyjemne uczucie, które towarzyszy graczowi podczas całej eksploracji.
Walka jest największym rozczarowaniem
Niestety nie wszystko działa równie dobrze. System walki sprawiał mi problemy praktycznie od początku przygody. Początkowo zakładałem, że potrzebuję więcej czasu na zrozumienie jego zasad. Im dłużej grałem, tym bardziej utwierdzałem się jednak w przekonaniu, że problem leży gdzie indziej.

Przeciwnicy posiadają specjalne czerwone narośla pojawiające się na ich ciałach. Dopiero trafienie w taki punkt pozwala zadawać naprawdę skuteczne obrażenia. W teorii brzmi to jak ciekawy pomysł. W praktyce bardzo szybko zaczyna przeszkadzać.
Strzały w głowę nie dają satysfakcji znanej z Resident Evil. Trafienia w nogi nie pozwalają efektownie powalać przeciwników jak w wielu innych horrorach. Zamiast reagować na zachowanie wroga i wykorzystywać własne umiejętności, często czekałem po prostu na pojawienie się czerwonej narośli.

Kilka sekund oczekiwania podczas każdego starcia może nie wydawać się dużym problemem. Po kilkunastu godzinach zamienia się jednak w mechaniczną rutynę, która odbiera walce dynamikę. Sytuacji nie poprawiają słabe efekty krwi oraz przeciętny feedback trafień. Broń zwyczajnie nie sprawia wrażenia tak skutecznej, jak powinna. Szkoda, ponieważ pozostałe elementy gry prezentują wyraźnie wyższy poziom.
PS5 Pro radzi sobie bardzo dobrze
Wersja na PS5 Pro nie sprawiła mi większych problemów technicznych. Gra działa płynnie, utrzymując stabilne 60 klatek na sekundę. Nie zauważyłem również istotnych problemów ze streamingiem danych czy doczytywaniem obiektów.

Na pochwałę zasługują także szybkie czasy ładowania oraz bardzo dobra jakość obrazu. Arkham, szpital i inne lokacje prezentuje się świetnie zarówno podczas eksploracji wnętrz, jak i zalanych ulic miasta. Dodatkowo gra wspiera funkcje kontrolera DualSense, choć osobiście nie przywiązuję do nich większej uwagi.
Czy warto zagrać w The Sinking City 2?
Mimo wyraźnych problemów z walką spędziłem przy The Sinking City 2 naprawdę dobry czas. Frogwares stworzyło horror, który doskonale rozumie fundamenty gatunku. Eksploracja wciąga, klimat nie pozwala oderwać się od ekranu, a projekt lokacji należy do najmocniejszych elementów całej produkcji.
System walki regularnie przypomina jednak, że zabrakło jeszcze jednego kroku do naprawdę wysokiej oceny. Gdyby starcia dawały satysfakcję porównywalną z Resident Evil czy Silent Hill, mielibyśmy do czynienia z jednym z ciekawszych horrorów ostatnich lat. Ale gdy spojrzymy na cenę, która wynosi 229 zł, zamiast 349 to i tak fani survival horrorów powinni mieć The Sinking City 2 na swoim radarze. Arkham skrywa wystarczająco dużo mroku, tajemnic i napięcia, by warto było zanurzyć się w jego zalanych ulicach.
Grę do recenzji dostarczyło Frogwares
Pamiętajcie, że znajdziecie nas również w mediach społecznościowych. Bardzo chętnie porozmawiamy z Wami zarówno na Facebooku, jak i w serwisie X (na dawnym Twitterze). Zapraszamy was również na nasz Discord.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.