Razer Prio to zupełnie inne podejście do mobilnego grania niż znany mi od lat Razer Kishi V2. Nowy kontroler jest składany, waży niewiele i po złożeniu bez problemu mieści się w kieszeni. Sprawdziłem go ze smartfonem realme GT 7 Dream Edition oraz w czterech różnych gatunkach gier. Czy tak kompaktowa konstrukcja faktycznie może zastąpić większy kontroler mobilny?
Razer Prio – test kontrolera mobilnego
Mobilne granie zmieniło się przez ostatnie kilka lat. Smartfony coraz częściej przypominają małe konsole, a kolejne produkcje bez większych problemów wykorzystują fizyczne przyciski. Sam od dawna sprawdzam tego typu akcesoria, dlatego Razer Prio od początku wydał mi się interesujący. Nie dlatego, że producent po raz kolejny stworzył kontroler podłączany bezpośrednio do telefonu, ale ze względu na jego nietypową konstrukcję.


Prio można złożyć. I nie chodzi tutaj o składanie go tylko po to, aby łatwiej schować kontroler do szuflady. Po zamknięciu urządzenie robi się naprawdę małe, dzięki czemu można wrzucić je do kieszeni spodni, małej torby czy plecaka i właściwie zapomnieć, że mamy je ze sobą. Dopiero po rozłożeniu Razer Prio pokazuje pełny zestaw przycisków oraz analogów.


Do testów wykorzystałem realme GT 7 Dream Edition, czyli smartfon, który dobrze sprawdził się już wcześniej w moich testach. Tym razem telefon dostał jednak zupełnie nowe zadanie. Zamiast dotykowego ekranu przez większość czasu korzystałem z fizycznego kontrolera Razer.
Sprawdziłem Prio w Diablo Immortal, GRID Autosport, Red Dead Redemption oraz Destiny Rising. Wybrałem więc produkcje reprezentujące zupełnie różne gatunki. Hack and slash, wyścigi oraz gry z widokiem TPP i FPS, które szybko pokazują, czy kontroler jest rzeczywiście uniwersalny, czy tylko dobrze wygląda na zdjęciach.
Konstrukcja, która ma jeden bardzo mocny argument
Największą zaletą Razer Prio jest jego konstrukcja. Nie trzeba tutaj długo szukać mocnych stron, ponieważ wystarczy spojrzeć na kontroler po złożeniu. Urządzenie zajmuje bardzo mało miejsca i właśnie ten element najbardziej odróżnia je od klasycznych kontrolerów mobilnych.


Razer odszedł od typowej konstrukcji, w której smartfon wsuwamy pomiędzy dwa ramiona kontrolera. Kishi V2, który testowałem kilka lat temu, jest dobrym przykładem takiego rozwiązania. Tam po rozłożeniu dostajemy coś przypominającego małą konsolę przenośną. Prio idzie w innym kierunku.
Po rozłożeniu obie części kontrolera tworzą pełnoprawny układ do grania, natomiast elastyczne połączenie pozwala dopasować konstrukcję do telefonu. Smartfon znajduje się w centrum całego zestawu, a sam kontroler nie musi posiadać sztywnego, rozsuwanego pałąka.


Brzmi niepozornie, ale podczas codziennego użytkowania ma to spore znaczenie. Razer Prio nie zajmuje połowy plecaka. Można go zabrać ze sobą właściwie bez zastanowienia. W przypadku Kishi V2 też doceniałem kompaktowe rozmiary, jednak Prio idzie jeszcze dalej.
Najbardziej spodobało mi się to podczas zwykłego korzystania ze smartfona. Kontroler mogłem odłożyć obok telefonu, a kiedy miałem kilka minut wolnego, wystarczyło go rozłożyć i podłączyć. Nie trzeba było szukać odpowiedniego miejsca w torbie.
USB-C zamiast Bluetooth i baterii
Razer Prio wykorzystuje połączenie USB-C. Oznacza to dwie bardzo ważne rzeczy. Kontroler nie wymaga ładowania własnej baterii i nie trzeba parować go ze smartfonem przez Bluetooth. Wystarczy podłączyć telefon i można grać.

Dla mnie jest to ogromna zaleta. W przypadku akcesoriów mobilnych zawsze dochodzi kolejny element, o którym trzeba pamiętać. Słuchawki mają własną baterię, zegarek również, powerbank trzeba naładować, a kontroler Bluetooth także potrafi przypomnieć o sobie w najmniej odpowiednim momencie.

Prio ten problem eliminuje. Nie ma tutaj dodatkowego akumulatora, więc nie musimy zastanawiać się, czy urządzenie wytrzyma dzisiejszą sesję. Sam kontroler pobiera energię ze smartfona. Oczywiście takie rozwiązanie ma również swoją cenę. Razer nie oferuje tutaj dodatkowego źródła zasilania telefonu. Jeśli zaczniemy długo grać, bateria smartfona będzie schodziła znacznie szybciej. W przypadku krótszych sesji nie stanowiło to jednak dla mnie większego problemu.
Jak Razer Prio sprawdza się w grach?
Pierwszym testem było Diablo Immortal. Hack and slash bardzo szybko pokazuje, czy przyciski oraz analogi zostały odpowiednio rozmieszczone. W tej grze sporo czasu spędzamy na poruszaniu postacią, korzystaniu z umiejętności i wykonywaniu kolejnych ataków. Prio radzi sobie tutaj bardzo dobrze. Przyciski reagują szybko, a cały układ jest logiczny. Po kilku minutach przestajemy zwracać uwagę na nietypową konstrukcję i skupiamy się już tylko na rozgrywce.

Później przyszedł czas na GRID Autosport. Wyścigi są dobrym sprawdzianem dla triggerów, ponieważ płynne operowanie gazem i hamulcem ma większe znaczenie niż w wielu innych gatunkach. Analogowe spusty pozwalają kontrolować ich wychylenie, więc nie jesteśmy ograniczeni wyłącznie do działania zero-jedynkowego.

W przypadku Red Dead Redemption sprawdziłem przede wszystkim wygodę sterowania postacią i kamerą. Tutaj pojawia się kwestia, do której trzeba się przyzwyczaić. Analogowe gałki Razer Prio są niskoprofilowe i dość płaskie. Nie jest to wada, która przekreśla cały kontroler. Wręcz przeciwnie, po pewnym czasie można się do nich przyzwyczaić. Pierwsze chwile były jednak inne niż w przypadku klasycznego pada. Kciuk nie dostaje tak wyraźnego punktu podparcia, dlatego osoby przyzwyczajone do wysokich analogów mogą początkowo narzekać.

Na końcu sprawdziłem Destiny Rising, czyli FPS-a, w którym precyzja sterowania ma jeszcze większe znaczenie. Tutaj Razer Prio ponownie zdał egzamin. Dwa analogi, klikalne przyciski oraz pełny zestaw elementów sterujących sprawiają, że gra nie przypomina już typowej mobilnej produkcji obsługiwanej ekranem dotykowym. I właśnie w takich momentach najbardziej doceniam tego typu akcesoria. Smartfon nadal pozostaje telefonem, ale po podłączeniu kontrolera zaczyna zachowywać się jak mała konsola.

Niskie analogi wymagają przyzwyczajenia
Nie będę jednak udawał, że Razer Prio jest idealny. Największe zastrzeżenie mam właśnie do analogów. Są niskie i dość płaskie. W teorii ma to sens, ponieważ podobna konstrukcja pozwala zmniejszyć rozmiary kontrolera po jego złożeniu. Problem pojawia się podczas pierwszych sesji. Kciuk nie opiera się na analogowej gałce w taki sposób, do jakiego przyzwyczaiły nas większe kontrolery.

W Destiny Rising zwracałem na to uwagę najbardziej. Przy dynamicznej rozgrywce chciałem czasami mocniej oprzeć kciuk o analog i wtedy czułem, że brakuje mi wyższego profilu. Z drugiej strony po kilku sesjach problem zaczął znikać. Człowiek po prostu zmienia sposób trzymania kontrolera. Nie nazwałbym więc tego wadą konstrukcyjną, a raczej kompromisem wynikającym z niewielkich wymiarów urządzenia.

Warto też pamiętać, że Prio nie próbuje być drugim DualSense’em czy dużym kontrolerem do Xboxa. Jego głównym zadaniem jest mobilność. Jeśli ktoś kupuje go właśnie z myślą o krótkich sesjach poza domem, płaskie analogi mogą okazać się mniej istotnym problemem.
Razer Cortex Mobile robi różnicę
Jednym z największych atutów Razer Prio jest możliwość konfiguracji kontrolera przy wykorzystaniu aplikacji Razer Cortex Mobile. I tutaj producent pokazuje, że samo stworzenie małego kontrolera nie było jedynym celem. Aplikacja pozwala dostosować działanie urządzenia do własnych potrzeb. Możliwości personalizacji są naprawdę szerokie, a przy mobilnym sprzęcie ma to szczególne znaczenie. Każdy korzysta przecież z telefonu trochę inaczej, a biblioteki gier potrafią być bardzo różne.

Podczas testów doceniłem przede wszystkim to, że nie musiałem traktować kontrolera jako zamkniętego produktu. Możliwość dopasowania go do własnych preferencji sprawia, że Prio może być znacznie bardziej uniwersalny.


Pod tym względem widać rozwój względem starszych konstrukcji Razera. Kiedy testowałem Kishi V2, aplikacja była ważnym elementem całego doświadczenia, szczególnie jeśli chodziło o dodatkowe funkcje kontrolera i dostęp do kompatybilnych gier. Prio rozwija ten pomysł. Oprogramowanie nie jest wyłącznie dodatkiem uruchamianym raz po zakupie. Staje się częścią całego zestawu.
Razer Prio kontra Razer Kishi V2
Cztery lata temu testowałem Razer Kishi V2 i po tym czasie bardzo ciekawie obserwuje się kierunek, w którym poszedł producent. Kishi V2 był przede wszystkim próbą zaoferowania konsolowej jakości w konstrukcji przeznaczonej dla smartfona. Kontroler przypominał miniaturową konsolę przenośną, a telefon stawał się jej ekranem. Prio ma zupełnie inną filozofię.
Kishi V2 jest bardziej klasyczny. Po rozłożeniu otrzymujemy dwie części połączone rozsuwanym elementem, a smartfon znajduje się pomiędzy nimi. Konstrukcja jest stabilna i daje bardzo konsolowe odczucia. Prio jest natomiast bardziej eksperymentalny i zdecydowanie bardziej nastawiony na transport.
W moim teście Kishi V2 zwracałem uwagę na jego niewielką wagę oraz brak własnej baterii. Doceniałem też połączenie USB-C i natychmiastową gotowość do działania. Prio zachowuje te zalety, ale dodaje do nich coś, czego wcześniej brakowało – możliwość bardzo małego złożenia całego kontrolera.

Różnica jest szczególnie widoczna przed wyjściem z domu. Kishi V2 trzeba po prostu zabrać ze sobą. Prio można wrzucić do kieszeni i właściwie nie myśleć o nim aż do momentu, gdy pojawi się okazja do grania. Nie powiedziałbym jednak, że Prio całkowicie zastępuje Kishi V2. Oba kontrolery mają inne zastosowanie. Kishi lepiej sprawdzi się podczas dłuższych sesji, gdy wygoda dużych dłoni ma większe znaczenie. Prio wygrywa natomiast wtedy, gdy najważniejsza jest mobilność.

Czy Razer Prio jest wygodny?
Tutaj dochodzimy do największego kompromisu całej konstrukcji. Razer Prio jest mały. Bardzo mały. I właśnie dlatego nie zapewnia takiego podparcia dłoni jak większe kontrolery mobilne. W przypadku krótkiej sesji nie stanowiło to problemu, natomiast po dłuższym graniu zaczynałem bardziej zwracać uwagę na ułożenie dłoni.

Nie jest to przypadek. Producent wyraźnie postawił na kompaktowość. Kontroler ma być gotowy do zabrania ze sobą, a niekoniecznie zastępować dużego pada podczas wielogodzinnego grania. W moim przypadku najlepiej sprawdziły się sesje trwające kilkanaście lub kilkadziesiąt minut. Wtedy zalety Prio zdecydowanie dominowały nad wadami. Mogłem wyjąć telefon, rozłożyć kontroler i po chwili grać. Dłuższa sesja nadal jest możliwa, ale wymaga większego przyzwyczajenia. Osoby z dużymi dłońmi powinny mieć to szczególnie na uwadze.
Cena Razer Prio może boleć
Razer wycenił Prio na 99,99 USD. W przypadku kontrolera mobilnego nie jest to mała kwota. Z jednej strony dostajemy produkt bardzo dobrze wykonany, nietypowy, lekki i niezwykle kompaktowy. Nie musimy również kupować baterii ani pamiętać o ładowaniu kontrolera. Razer oferuje też rozbudowane możliwości konfiguracji za pomocą swojej aplikacji.
Z drugiej strony konkurencja w segmencie mobilnych kontrolerów jest naprawdę duża. Za podobne pieniądze można znaleźć konstrukcje większe, wygodniejsze i bardziej przypominające tradycyjnego pada. Prio płaci więc za swoją wyjątkową konstrukcję. Kupujemy tutaj nie tylko zestaw przycisków do telefonu, ale przede wszystkim mobilność. Jeżeli ktoś będzie regularnie nosił kontroler w kieszeni, różnica może być warta dopłaty.
Jeżeli jednak smartfon służy nam do grania głównie w domu, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wtedy trudno uzasadnić wybór tak małej konstrukcji zamiast większego i wygodniejszego modelu.
Czy warto kupić Razer Prio?
Po kilku sesjach z Razer Prio mam wrażenie, że producent znalazł własną niszę. Nie próbował stworzyć kolejnego Kishi. Zamiast tego zaprojektował kontroler, który można mieć zawsze przy sobie. Razer Prio świetnie sprawdza się w krótszych sesjach, podczas podróży czy zwykłego czekania na autobus. Nie potrzebuje baterii, nie wymaga parowania Bluetooth i po złożeniu zajmuje naprawdę niewiele miejsca. Do tego mamy pełny zestaw przycisków oraz bardzo dobre możliwości personalizacji.

Największe kompromisy są równie oczywiste. Niskie analogi potrzebują chwili przyzwyczajenia, a niewielka konstrukcja nie każdemu zapewni komfort podczas wielogodzinnej rozgrywki. Cena również nie należy do najniższych.
Mimo wszystko Razer Prio zrobił na mnie dobre wrażenie. Szczególnie po wcześniejszym kontakcie z Kishi V2 widzę, że Razer nie stoi w miejscu i szuka nowych sposobów na mobilne granie. Tym razem nie chodzi już wyłącznie o stworzenie konsoli w kieszeni. Chodzi o to, żeby kontroler sam zmieścił się w kieszeni.
Sprzet na testety dostarczył Razer
Pamiętajcie, że znajdziecie nas również w mediach społecznościowych. Bardzo chętnie porozmawiamy z Wami zarówno na Facebooku, jak i w serwisie X (na dawnym Twitterze). Zapraszamy was również na nasz Discord.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.