Splatoon Raiders to świetny spin-off serii Nintendo na Switch 2. Sprawdzamy rozgrywkę, system Gadżetów, Deep Cut, bossów i endgame.
Splatoon Raiders bierze jeden z najlepszych elementów serii Nintendo i buduje wokół niego zupełnie nową grę. Salmon Run spotyka tutaj eksplorację, elementy RPG, rozwój wyposażenia oraz mocno uzależniającą pętlę rozgrywki. Nie wszystko jednak zagrało równie dobrze. Przekonajmy się, czy Splatoon Raiders to kolejny obowiązkowy zakup na Nintendo Switch 2.
Splatoon Raiders – samotna wyprawa z Deep Cut
Nintendo długo traktowało tryb dla jednego gracza w Splatoonach jako dodatek do właściwej, sieciowej zabawy. Splatoon Raiders zmienia tę sytuację. Nowa produkcja stawia na samotną przygodę, choć twórcy nie zapomnieli również o możliwości wspólnej zabawy. W centrum wydarzeń ponownie znalazła się ekipa Deep Cut, czyli Shiver, Frye oraz Big Man. Tym razem jednak nie pełnią oni wyłącznie funkcji komentatorów czy bohaterów przerywników.

Akcja rozpoczyna się na tajemniczych wyspach Spirhalite. Awaryjne lądowanie szybko zamienia zwykłą wyprawę w walkę o przetrwanie, a naszym zadaniem staje się odkrycie sekretów tego miejsca. Po drodze eliminujemy kolejne grupy Salmonidów, zbieramy skarby i rozwijamy wyposażenie. Fabuła nie próbuje być drugą Zeldą, ale dobrze spełnia swoją funkcję. Co ważne, daje też fanom Splatoona więcej czasu z postaciami Deep Cut.
Najbardziej cieszy mnie jednak ich większa obecność podczas właściwej rozgrywki. Shiver, Frye i Big Man pomagają poprzez specjalne roboty, a także wykorzystują swoje ataki Showstopper. Nie są więc już tylko kolorowym dodatkiem do świata gry. Ich obecność naprawdę wpływa na przebieg niektórych starć i dodaje całości charakteru.
Salmon Run, ale na sterydach
Jeśli graliście w Salmon Run (tryb kooperacyjny Splatoon 3), podstawowe założenia Splatoon Raiders będą bardzo znajome. Wciąż strzelamy do ogromnych grup Salmonidów, zbieramy Power Eggs i próbujemy przetrwać kolejne fale przeciwników. Różnica polega na tym, że Nintendo rozbudowało ten pomysł do pełnoprawnej gry akcji z elementami RPG.

Każdy etap ma nieco inną konstrukcję. Czasami swobodnie eksplorujemy lokację i wydobywamy kryształy, innym razem trafiamy do zamkniętej areny, gdzie przeciwnicy pojawiają się niemal bez końca. Są też specjalne wyzwania, które uczą korzystania z konkretnych Gadżetów. Najważniejsze pozostają jednak dungeony. Tutaj presja rośnie bardzo szybko, ponieważ mamy ograniczony czas, ogromną liczbę wrogów i często kilka pięter do pokonania.
Śmierć nie oznacza przy tym całkowitej porażki. Zdobyte doświadczenie i część przedmiotów pozostają z nami, więc każda nieudana próba przybliża nas do kolejnego sukcesu. Ten prosty system działa znakomicie. Zamiast irytować się po porażce, zaczynamy kombinować, co zmienić przed następnym podejściem. Może lepsza broń? Może inny gadżet? A może wystarczy jeszcze kilka punktów doświadczenia?

Właśnie tutaj Splatoon Raiders pokazuje swoje najmocniejsze strony. Gra bardzo szybko uruchamia w głowie mechanizm „jeszcze jedna próba”. Przechodzimy etap, ulepszamy wyposażenie i natychmiast chcemy sprawdzić, czy teraz poradzimy sobie z trudniejszym wyzwaniem. Ostatni raz tak się czułem, nałogowo grając kilka lat temu w… Destiny 2.
Gadżety robią różnicę
Największą nowością w systemie rozgrywki są gadżety. Zastępują one klasyczne sub-bronie znane z głównych odsłon Splatoona i pozwalają znacznie mocniej dostosować styl gry do własnych potrzeb. Twórcy podzielili je na trzy główne typy zbiorników: Speed, Power oraz Tactical. Każdy z nich otwiera trochę inne możliwości.
Nie chodzi jednak wyłącznie o wybór jednego gadżetu przed rozpoczęciem etapu. Możemy również rozwijać poszczególne elementy wyposażenia i zmieniać ich właściwości. Jeden Gadżet może zyskać dodatkowe ataki, większy zasięg albo zupełnie nową funkcję. Dzięki temu dwie osoby korzystające z tej samej podstawowej broni mogą grać w zupełnie inny sposób.

System zachęca do eksperymentowania. Na jednej mapie sprawdzi się szybki, agresywny build, natomiast na innej lepiej postawić na większą kontrolę przestrzeni. Właśnie dlatego przygotowanie do kolejnego dungeonu jest niemal tak samo interesujące jak jego przechodzenie.
RPG-owa warstwa Splatoon Raiders jest przy tym znacznie głębsza, niż można było oczekiwać po spin-offie. Mamy poziomy, ulepszenia, różne bronie, części gadżetów oraz wyposażenie o różnych parametrach. Możliwości kombinowania jest naprawdę sporo.
Nintendo Switch 2 pokazuje pazur
Pod względem technicznym Splatoon Raiders trudno mi cokolwiek zarzucić. Gra działa na Nintendo Switch 2 bardzo płynnie i podczas mojej zabawy utrzymywała 60 klatek na sekundę. Ma to ogromne znaczenie, bo na ekranie często dzieje się naprawdę dużo. Kilkudziesięciu przeciwników, efekty farby, eksplozje i ciągłe przemieszczanie się mogłyby szybko zrobić bałagan.
Na szczęście nic takiego nie ma miejsca. Sterowanie pozostaje responsywne, a celowanie żyroskopowe działa poprawnie. Jeżeli jednak ktoś nie przepada za ruchem machaniem padem lub konsolą, to można skorzystać z klasycznego sterowania dwoma analogami. Sam często wybierałem właśnie tę opcję podczas najbardziej chaotycznych starć.

Gra wygląda również bardzo dobrze. Nie jest może technologiczną wizytówką Switcha 2, ale trudno narzekać na jakość obrazu. Szczególnie podczas dynamicznych walk stabilność animacji robi dużą różnicę. Nintendo postawiło tutaj przede wszystkim na czytelność i płynność, co przy takiej liczbie przeciwników było rozsądnym wyborem.
Deep Cut wreszcie ma więcej do roboty
Shiver, Frye i Big Man należą do najbardziej charakterystycznych postaci Splatoon 3. W głównej części serii ich rola była jednak ograniczona. Splatoon Raiders daje im znacznie więcej przestrzeni. Deep Cut nie tylko uczestniczy w historii, ale też pomaga podczas walki. Bohaterowie sterują robotami pomocniczymi, które mogą atakować przeciwników i korzystać z własnych specjalnych umiejętności. Showstopper pozwala dodatkowo odwrócić losy trudniejszego starcia.

Ten pomysł dobrze pasuje do charakteru całej produkcji. Deep Cut nie próbuje zastępować nam klasycznej drużyny z RPG-ów, ale regularnie przypomina, że nie przemierzamy Spirhalite Islands całkowicie samotnie. Ich obecność dodaje też trochę humoru, którego w poważniejszych momentach potrafi brakować. Fani Splatoona powinni być zadowoleni również z licznych odniesień do świata serii. Nowicjusze nie muszą jednak znać całej historii, aby dobrze się tutaj bawić.
Największy problem? Lokacje
Mam jednak wrażenie, że projektanci nie wykorzystali potencjału Spirhalite Islands. Gra bardzo często daje nam podobne przestrzenie, które różnią się przede wszystkim kolorystyką i układem przeciwników. Brakuje mi większej liczby charakterystycznych miejsc, które zapadłyby w pamięć.
Jeszcze bardziej szkoda mi kreatywnych elementów platformowych. Seria Splatoon potrafiła wcześniej zaskakiwać pomysłami na poziomy, a tutaj większość etapów podporządkowano walce i zbieraniu przedmiotów. Samo strzelanie jest świetne, lecz po kilku godzinach zaczyna być widoczny brak większej różnorodności.

Nie oznacza to, że lokacje są źle zaprojektowane. Problem leży raczej w ich powtarzalności. Wciąż wykonujemy podobne czynności, tylko w nieco innym otoczeniu. Przy grze o tak dobrej mechanice aż prosiło się o więcej szalonych pomysłów. Pierwsze godziny wciągają bez reszty, ale później coraz częściej pojawia się myśl, że przydałaby się jakaś większa niespodzianka.
Bossowie są zdecydowanie za twardzi
Jeszcze gorzej wypadają bossowie. Zamiast wymuszać sprytne wykorzystanie mechanik, część starć sprowadza się do bardzo prostego schematu: strzelaj długo, unikaj ataków i czekaj, aż pasek zdrowia w końcu zniknie. Niektóre pojedynki potrafią oczywiście zrobić wrażenie skalą. Problem pojawia się wtedy, gdy wysoki poziom zdrowia przeciwnika ma zastąpić ciekawy projekt walki. Wtedy nawet dobrze przygotowany build nie daje takiej satysfakcji, jakiej oczekiwałbym po końcowym starciu.

Szkoda, bo sam system gadżetów daje twórcom mnóstwo możliwości. Można było projektować bossów pod konkretne kombinacje umiejętności i zmuszać gracza do kreatywnego korzystania z wyposażenia. Zamiast tego częściej dostajemy klasyczną „gąbkę na pociski”. Przy tak dobrze zaprojektowanej podstawowej walce jest to jeden z najbardziej odczuwalnych zmarnowanych potencjałów gry.
Endgame: jeszcze raz, tylko trudniej
Po napisach końcowych Splatoon Raiders wcale się nie kończy. Zawartości jest tutaj naprawdę dużo, szczególnie biorąc pod uwagę cenę gry. Możemy wracać do wcześniejszych etapów, rozwijać wyposażenie, testować nowe buildy i podejmować się trudniejszych wariantów wyzwań. Problem polega na tym, że endgame bardzo mocno opiera się na ponownym przechodzeniu znanych lokacji. Wyższy poziom trudności potrafi zrobić różnicę, a przeciwnicy wymagają znacznie lepszego przygotowania. Nie zmienia to jednak faktu, że po pewnym czasie zaczynamy widzieć powtarzający się schemat.

Sztuczne podbijanie trudności nie zawsze daje poczucie prawdziwego progresu. Czasami mam wrażenie, że gra po prostu mówi: „znasz już ten etap, więc teraz masz mniej czasu i więcej przeciwników”. Dla części graczy będzie to idealny sposób na setki kolejnych prób. Ja chciałbym jednak zobaczyć więcej nowych wyzwań. Z drugiej strony trudno narzekać na samą ilość zawartości. Jak na produkcję oferowaną w niższej cenie, Splatoon Raiders zapewnia naprawdę dużo godzin zabawy. Tutaj Nintendo zdecydowanie nie poskąpiło zawartości.
Muzyka nie każdemu przypadnie do gustu
Ścieżka dźwiękowa również może wywołać mieszane uczucia. Splatoon słynie z bardzo charakterystycznej, energicznej muzyki, która niemal natychmiast zostaje w głowie. Raiders podchodzi do tego tematu trochę inaczej. Muzyka dobrze pasuje do bardziej ponurego i chaotycznego charakteru wyprawy, ale momentami brakuje mi tej szalonej energii znanej z głównych odsłon. Nie jest źle. Po prostu oczekiwania wobec Splatoona są tutaj wyjątkowo wysokie. W dłuższych sesjach soundtrack nie przeszkadza, lecz rzadziej łapałem się na nuceniu konkretnych utworów po zakończeniu gry. Przy tej serii to jednak pewien minus.

Splatoon Raiders – czy warto kupić?
Splatoon Raiders to jeden z tych spin-offów, które spokojnie mogłyby funkcjonować jako osobna marka. Nintendo wzięło mechanikę Salmon Run, połączyło ją z eksploracją i dorzuciło do tego zaskakująco głęboki system RPG. Najważniejsze jednak, że całość po prostu dobrze działa. Największą siłą jest pętla rozgrywki. Wchodzimy do lokacji, walczymy, zbieramy zasoby, rozwijamy gadżety, poprawiamy build i wracamy po więcej. Brzmi banalnie, ale właśnie w tej prostocie tkwi siła produkcji. Jeszcze jedna próba bardzo szybko zamienia się w kolejną godzinę grania.
Nie wszystkie elementy dorównują podstawowej mechanice. Lokacje są powtarzalne, bossowie często mają zdecydowanie za dużo zdrowia, a endgame korzysta z tych samych etapów częściej, niż bym chciał. Personalizacja wizualna również nie zachwyca. Mimo tego rdzeń gry jest tak mocny, że trudno oderwać się od Nintendo Switch 2. Szczególnie doceniam też techniczną stronę produkcji. Stabilne 60 klatek, bardzo dobre sterowanie oraz świetna czytelność podczas największego chaosu pokazują, że Nintendo dobrze wykorzystało możliwości nowej konsoli.
Splatoon Raiders nie jest rewolucją, ale stanowi bardzo udany rozwój pomysłu znanego z Salmon Run. To jedna z najbardziej wciągających i przystępnych gier akcji na Nintendo Switch 2, szczególnie jeśli lubicie rozwój postaci i ciągłe poprawianie własnego buildu.
Grę dostarczył ConQuest Entertainment – oficjalny dystrybutor Nintendo w Polsce.
Pamiętajcie, że znajdziecie nas również w mediach społecznościowych. Bardzo chętnie porozmawiamy z Wami zarówno na Facebooku, jak i w serwisie X (na dawnym Twitterze). Zapraszamy was również na nasz Discord.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.