Premiera Jotunnslayer: Hordes of Hel na Nintendo Switch 2 to idealna okazja do odświeżenia jednej z ciekawszych gier typu bullet heaven.
30 lipca fani gatunku gatunku bullet heaven dostali w swoje ręce kolejną propozycję tego typu na Nintendo Switch 2. Jotunnslayer: Hordes of Hel to jedna z ciekawszych produkcji inspirowanych Vampire Survivors i Touhou. Twórcy ambitnie próbują przekształcić formułę, serwując bardziej angażującą i dynamiczną rozgrywkę pełną umiejętności ekskluzywnych dla poszczególnych postaci. Jak łowca jotunnów radzi sobie na najnowszej konsoli Nintendo?
Mitologia na drugim planie

Jotunnslayer nie jest oczywiście typem gry, w których szukamy angażującej narracji czy wyrazistych postaci. Fabuła pełni tu rolę wyłącznie funkcję pretekstu. Nasi bohaterowie to wojownicy próbujący zasłużyć na miano łowcy jotunnów, czyli boskich gigantów dzierżących wielką moc. Na starcie dostajemy krótką scenkę komiksową, która dostarcza nam każdej istotnej informacji. To w zupełności wystarczy, by nadać rozgrywce odpowiedni, nordycki klimat.
Jotunn za jotunnem



Rdzeń rozgrywki nie odbiega znacząco od standardów gatunku, choć już na starcie mamy kilka istotnych czynników do rozważenia. Na początku każdego runa wybierzemy postać spośród siedmiu dostępnych opcji (z Conanem jako ósmą, z DLC). Następnie wyposażymy naszego wojownika w broń i kosmetyczną skórkę – te pierwsze są ciekawe ze względu na ilość możliwych kombinacji i buildów, co będzie w zasadzie motywem przewodnim gry. Potem pozostaje wybrać już tylko jedną z sześciu nordyckich krain oraz poziom trudności z możliwymi modyfikatorami rozgrywki. Wszystko oczywiście będzie z początku zablokowane – Jotunnslayer to istna skarbnica dla graczy lubiących wszelakie unlocki zdobywane w toku gry.
Największym atutem produkcji jest to, że poszczególne postacie rzeczywiście zmieniają sposób rozgrywki. Berserker zachęca do agresywnej walki w zwarciu, podczas gdy inne klasy pozwalają na bardziej zachowawcze bojowanie na dystans łukiem czy magią. Ważne jest tu również zarządzanie zdolnościami specjalnymi, które odnawiają się czasowo, choć zazwyczaj ograniczają się one do mocnego ataku obszarowego.



Istotny jest tu również system boskich błogosławieństw, który pozwala budować różnorodne kombinacje ataków i umiejętności pasywnych. Dzięki niemu każda eskapada będzie inna od poprzednich, zwłaszcza przez pierwsze godziny rozgrywki. Na plus działają także cele wykonywane podczas runów. Naszym zadaniem nie będzie tylko przetrwanie kilkunastu minut do finalnej potyczki z jotunnem – często zrealizujemy dodatkowe zadania nagradzające nas złotem przydatnym do stałych ulepszeń w menu gry. Dzięki temu rozgrywka zyskuje nieco więcej struktury, choć same zadania są mimo wszystko powtarzalne i dość prozaiczne. Zazwyczaj będziemy bowiem zbierać grzyby, pokonywać mocniejszych przeciwników czy zamykać portale z których wychodzą oponenci.
Rutynowe mordowanie


Problem pojawia się po kilku godzinach zabawy. Choć możliwości tworzenia buildów są satysfakcjonujące, sama pętla rozgrywki stosunkowo szybko zaczyna się powtarzać. Zadania wykonywane podczas kolejnych podejść niewiele się od siebie różnią, a większość decyzji sprowadza się do wybierania znanych już kombinacji umiejętności.
Nie pomaga również fakt, że przeciwnicy – poza efektownymi bossami – dość szybko przestają zaskakiwać. Mimo zmieniających się lokacji trudno oprzeć się wrażeniu, że gra nie rozwija swoich pomysłów tak dynamicznie, jak byłoby to wskazane. Każda mapa różni się od poprzedniej w zasadzie jedynie oprawą i ewentualnymi dodatkowymi strukturami utrudniającymi podejście.
Giganci na Switchu 2



No dobrze, ale jak Jotunnslayer: Hordes of Hel radzi sobie na Nintendo Switch 2? Wielką zaletą jest tu oczywiście hybrydowa forma konsoli – gry tego gatunku moim zdaniem najlepiej sprawują się na sprzętach przenośnych. Po moich problemach technicznych przy recenzowaniu wersji na PS5 miałem jednak kilka wątpliwości co do jakości i wydajności samej oprawy. I niestety zmartwienia te okazały się uzasadnione.
Jotunnslayer działa bowiem na Switchu 2 całkiem słabo i nie wygląda o wiele lepiej. Już od początku widzimy, że obraz jest niesamowicie miękki i rozmazany, niczym patrzenie na świat bez okularów korekcyjnych. Szkoda trochę, że twórcom nie udało się lepiej zoptymalizować warstwy graficznej, która miałaby szansę wyglądać naprawdę dobrze, bo artystycznie zdecydowanie gra się broni. Takie porty były akceptowalne na pierwszym Switchu, ale na nowej konsoli, tuż obok fantastycznych portów Resident Evil Requiem czy Assassin’s Creed: Shadows? Taryfa ulgowa ma swoje granice.


Nawet przełykając fakt brzydkiej oprawy ciężko zignorować samo działanie gry, które wpływa na doświadczenie o stokroć bardziej od wizualiów. Podstawowo mamy tu bowiem 30 klatek na sekundę, co na tak mało imponujący tytuł wydaje się dość skąpe. No ale jako że mamy tu do czynienia z bullet heaven, liczba przeciwników na ekranie szybko wzrasta, a razem z nimi klatki pikują niczym Ikar pod rozżarzonym słońcem. Grze zdarzyło się nawet kompletnie zawiesić i wyrzucić mnie do menu konsoli (po dziesięciu minutach runa…).
Czy warto ubijać jotunny?


Jotunnslayer: Hordes of Hel nie sili się na redefiniowanie gatunku, i dobrze. Twórcy stworzyli solidny bullet heaven, który leciutko – acz efektywnie – przekształca tę formułę na swoją modłę. System rozwoju postaci, różnorodne buildy i satysfakcjonująca rozgrywka tworzą tu całkiem udaną produkcję, która niestety ugina się w kilku kluczowych aspektach, zwłaszcza technicznych.
Jeżeli spędziliście dziesiątki godzin przy Vampire Survivors, Brotato czy Deep Rock Galactic: Survivor, znajdziecie tutaj znajome mechaniki ubrane w nordyckie szaty. Jeśli jednak oczekujecie większej innowacji lub bardziej rozbudowanej zawartości, po kilku godzinach możecie niestety odczuć znużenie.
Egzemplarz recenzencki dostarczyło Grindstone Games.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.