#DRIVE Rally próbuje przypomnieć, dlaczego stare gry rajdowe potrafiły dawać mnóstwo frajdy bez rozbudowanych systemów i realistycznej fizyki. Produkcja studia Pixel Perfect Dude z Kalisza stawia na zręcznościową jazdę, charakterystyczną oprawę oraz sporą liczbę samochodów i tras. Na początku taki zestaw działa naprawdę dobrze. Z czasem jednak zaczyna brakować powodów, żeby dalej połykać kolejne kilometry.
Rajdy bez zbędnego komplikowania
Nie będę ukrywał, że pierwsze godziny z #DRIVE Rally sprawiły mi sporo przyjemności. Twórcy nie próbują udawać, że mamy do czynienia z pełnoprawnym symulatorem. Samochody prowadzą się lekko, responsywnie i bardzo dobrze reagują na polecenia wydawane za pomocą pada. Hamulec ręczny szybko staje się najlepszym przyjacielem kierowcy, szczególnie podczas ciasnych nawrotów.


Model jazdy jest wręcz stworzony do konsolowego grania. Nie trzeba długo zastanawiać się nad ustawieniem samochodu, a wejście w poślizg przychodzi naturalnie. Jednocześnie różnice pomiędzy nawierzchniami pozwalają trochę poeksperymentować z zachowaniem auta. #DRIVE Rally nie wymaga od gracza wielkich umiejętności, ale daje satysfakcję, kiedy zaczynamy coraz lepiej pokonywać kolejne zakręty.
Szkoda tylko, że wraz z postępami nie pojawia się większe wyzwanie. Gra jest bardzo wyrozumiała dla popełnianych błędów, przez co nawet kraksa nie zawsze oznacza poważne konsekwencje. Brakuje mi tutaj większej presji i poczucia, że każda sekunda ma znaczenie. Po pewnym czasie można odnieść wrażenie, że bardziej walczymy z własną rutyną niż z trasą.
Klimat złotej ery rajdów
Największym atutem #DRIVE Rally pozostaje jednak oprawa. Twórcy celują w estetykę kojarzącą się ze złotą erą rajdów z lat 80. i 90., ale nie próbują przy tym stworzyć realistycznej kopii dawnych produkcji. Samochody mają charakterystyczne, nieco przerysowane sylwetki, a kolorowe lokacje dobrze pasują do całej koncepcji.
Wizualnie gra ma własną tożsamość. Nie potrzebuje fotorealistycznych tekstur, żeby przyciągać wzrok, a kolejne odcinki potrafią prezentować się naprawdę ciekawie. Do wyboru dostajemy też kilka kamer, co pozwala dopasować widok do własnych upodobań. Szczególnie przypadła mi do gustu perspektywa z lotu ptaka, która początkowo może wydawać się dziwnym pomysłem w grze rajdowej, ale w praktyce sprawdza się zaskakująco dobrze.
Na uwagę zasługuje także liczba samochodów oraz zróżnicowanie tras. Mamy tutaj czym jeździć i gdzie jeździć. Poszczególne lokacje potrafią zmieniać charakter zabawy, a odblokowywanie kolejnych maszyn daje przyjemne poczucie progresji. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zachwyt pierwszym kontaktem zaczyna ustępować miejsca powtarzalności.
Pilot, który szybko zaczyna irytować
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów gry jest pilot siedzący obok kierowcy. Pomysł sam w sobie pasuje do rajdowej tematyki, szczególnie że nie mamy tutaj klasycznej mapy pokazującej cały odcinek. Niestety, komentarze bardzo szybko zaczynają działać na nerwy.


Pilot potrafi rzucać uwagami, które po kilku odcinkach zwyczajnie męczą. Wskazówki dotyczące zakrętów powinny przede wszystkim pomagać w jeździe, tymczasem część komentarzy bardziej przeszkadza niż wspiera nasz przejazd. Przy dłuższych sesjach miałem momenty, w których najchętniej całkowicie wyłączyłbym jego głos.


Problem jest o tyle istotny, że powtarzalność dotyka nie tylko dialogów. Kolejne przejazdy nie zawsze oferują wystarczająco dużo nowych bodźców. Kampania ma sporo zawartości, samochodów i wydarzeń, ale sama pętla rozgrywki pozostaje bardzo podobna. Po kilku godzinach zaczyna brakować tego charakterystycznego „jeszcze jeden przejazd”.
Fizyka mogła dać więcej
Zręcznościowy model jazdy jest dużą zaletą, ale jednocześnie stanowi jedną z największych barier dla długoterminowej zabawy. Samochody są bardzo łatwe do opanowania, a fizyka często wybacza zdecydowanie za dużo. Nawet większy błąd nie zawsze kończy się katastrofą.

Jeszcze bardziej szkoda systemu zniszczeń. Elementy otoczenia potrafią reagować na nasze uderzenia, jednak sam samochód właściwie nie pokazuje konsekwencji kraksy. Przy rajdowej grze, w której nieustannie pędzimy po wąskich trasach, oczekiwałbym czegoś więcej.


Nie chodzi nawet o skomplikowany model uszkodzeń rodem z symulatorów. Kilka widocznych wgnieceń, odpadających elementów czy choćby mocniej rozbitej karoserii wystarczyłoby, aby kolizje miały większy ciężar. Obecnie często można przywalić w przeszkodę, otrzepać samochód i jechać dalej.
#DRIVE Rally – czy warto?
#DRIVE Rally jest trochę jak dobrze wyglądający samochód rajdowy, który świetnie sprawdza się podczas krótkiej przejażdżki, ale po dłuższym czasie zaczyna brakować mu charakteru. Model jazdy daje sporo frajdy, szczególnie na padzie, a styl graficzny wyróżnia produkcję na tle bardziej realistycznych gier wyścigowych. Duża liczba samochodów i tras również działa na jej korzyść.

Z drugiej strony powtarzalność mocno ogranicza żywotność całej produkcji. Pilot potrafi zirytować, fizyka jest zbyt pobłażliwa, a brak sensownego systemu zniszczeń odbiera część satysfakcji z ryzykownej jazdy. Nie jest to jednak zła gra. Po prostu znacznie lepiej sprawdza się w krótszych sesjach niż podczas wielogodzinnego rajdowego maratonu.
Grę do recenzji dostarczył The PressEngine Team.
Pamiętajcie, że znajdziecie nas również w mediach społecznościowych. Bardzo chętnie porozmawiamy z Wami zarówno na Facebooku, jak i w serwisie X (na dawnym Twitterze). Zapraszamy was również na nasz Discord.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.