Jeden ze starszych przeciwników Batmana, Clayface, dostał niedawno poświęcony mu tom. Zobaczmy, czy warto po niego sięgnąć.
Clayface z pewnością nie jest najbardziej popularnym przeciwnikiem Mrocznego Rycerza. Myśląc o oponentach Batmana, wielu osobom natychmiast bez wątpienia kojarzy się Joker. Nie da się też zapomnieć o Człowieku-Zagadce, Strachu na Wróble, Dwóch Twarzach czy Mr. Freezie i Pingwinie. Jednak również Clayface to klasyczny przeciwnik tego obrońcy Gotham. Jak możecie wiedzieć – o czym pisałem w moim newsie – pod koniec października do kin trafi horror o postaci z kart DC Comics. Jest nią właśnie wspomniany zmiennokształtny mężczyzna. To jemu poświęcono recenzowany dziś tom (choć to nie jedyna obecność Basila Karlo na papierze, ale o tym jeszcze napiszę w innej mojej recenzji w tym miesiącu). Zobaczmy więc, czy Batman: Arkham – Clayface to udana pozycja w portfolio Egmontu. Zapraszam do lektury mojej recenzji.
Opowieść(i)

Jak przystało na serię Batman: Arkham, recenzowany dziś tom stanowi kompilację wielu komiksów o jednym z przeciwników Mrocznego Rycerza. Zamiast jednej wielkiej historii postawiono na zebranie mnóstwa mniejszych historii. Sprawia to, że ponad 300 stron, z jakich składa się to wydanie, czyta się dość szybko i dynamicznie. Nie musimy mieć wiele czasu, aby poznać całą historię lub tworzące je rozdziały. Tak naprawdę możemy sięgnąć po dowolną opowieść i czytać ją w losowej kolejności. W większości przypadków mamy tu bowiem do czynienia z niezależnymi, zamkniętymi historiami, których celem jest przedstawienie najważniejszych i najbardziej uznanych dzieł krążących wokół postaci Clayface’a.
Co istotne, prezentowane są opowieści z kilku dekad, co widać między innymi w sposobie prowadzenia akcji. Historyjki są ułożone chronologicznie, a więc zaczynamy od lat 40-tych minionego stulecia. Odznaczają się one prostą historią i można odnieść wrażenie, że czytamy jeden z komiksów Carla Barksa o Kaczorze Donaldzie i jego ferajnie. Oczywiście inni są bohaterowie i świat, aczkolwiek tempo akcji i stosunkowo szybkie zawiązywanie historii kojarzy się właśnie z portfolio wspomnianego autora komiksów. Na pewno ma to swoich zwolenników, choć ja jednak preferuję późniejszą zmianę formy i treści. Na początku widzimy bowiem dość dziwaczne zmienianie form Clayface’a w zasadzie w dowolną materię, natomiast później postawiono na bardziej dojrzałe podejście do tematu.
Ilustracje i kreski

Jako że Batman: Arkham – Clayface zabiera nas przez niemal 90 lat komiksów o tej postaci, różnice wizualne widać od razu. Najpierw mieliśmy do czynienia z emanującymi kolorami, wręcz kiczowatymi, kadrami. Następnie stawały się one coraz bardziej mroczne z coraz większym znaczeniem umiejętnego operowania światłem i cieniem. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem tych nowocześniejszych komiksów i podoba mi się to, co dostałem w tomie Batman: Arkham – Clayface. Doceniam niemniej przekrój dzieł, na jakie postawił Egmont w recenzowanym zestawieniu. Zwłaszcza że nie skupiają się one wyłącznie na Basilu Karlo, ale też innych wersjach Clayface’a.
Nie brakuje na przykład Matta Hagena, co może szczególnie zainteresować osoby czekające na wspomnianą na początku artykułu filmową wersję. Nie bez znaczenia są wielcy ilustratorzy, których dzieła zawarto w opisywanym tomie. Mam na myśli między innymi Mike’a Mignolę (którego można kojarzyć przede wszystkim z serii Hellboy), J.H. Williamsa III, czy Darwyna Cooke’a. Szkoda natomiast, że nie zdecydowano się na zawarcie historii Tyniona IV – era Rebirth mogłaby stanowić świetne uzupełnienie i tak obszernej kolekcji.
Podsumowanie


Batman: Arkham – Clayface to bardzo udany zbiór komiksów o wspomnianej postaci. W jednym tomie dostajemy przekrój historii z niemal 90 lat, który powinien zainteresować zarówno fanów prostej pierwszej połowy XX wieku, jak i współczesnych, bardziej rozbudowanych opowieści. Przyznaję, że możliwość zobaczenia, jak ewoluuje nie tylko kreska, ale i podejście do Clayface’a przez kilka dekad jest ciekawym doświadczeniem. Początkowo występowały łopatologicznie wykładane motywy i ciągi przyczynowo-skutkowe niczym w Scooby-Doo. Natomiast finalnie otrzymaliśmy psychologiczną wręcz analizę Clayface’a. Rzuca ona nowe światło na tę postać i sprawia, że patrzymy na tę osobę w inny sposób. Co prawda szkoda, że nie znajdziemy tu jeszcze jednej opowieści (o której napisałem wcześniej), ale nie zmienia to jednego. Ten tom bez dwóch zdań powinien znaleźć się w kolekcji fanów DC Comics.
Jeżeli czekacie na październikowy film, to tom ten pozwala zapoznać się z wieloma podejściami do Clayface’a – w tym do tego, na którym powinien opierać się scenarzysta kinowej adaptacji. Jeżeli natomiast zależy Wam po prostu na wzbogaceniu swojej biblioteki o jeszcze jeden album ze świata Batmana, to również w takiej formie może się sprawdzić recenzowany dziś tom. Ja nie żałuję, że po niego sięgnąłem i nie ukrywam, że zmieniłem nieco swoje nastawienie do Clayface’a. Ma on potencjał na przedstawianie go jako tragicznej postaci i nie obraziłbym się, jeśli dostawałby więcej adaptacji. Czy Wy również chcielibyście częściej widzieć wykorzystywanie tego stwora w różnego rodzaju mediach? Dajcie nam znać w komentarzach. Zachęcam oczywiście też do przypomnienia sobie mojej recenzji Batman: Arkham City (nie napiszę dlaczego, ale kto ma znać powód, ten na pewno wie, co mam na myśli). Możecie do niej przejść z poniższego odnośnika.

| Liczba stron | 320 |
| Wymiary | 17 cm x 26 cm |
| Scenarzyści | Ed Brubaker, Len Wein |
| Ilustratorzy | Darwyn Cooke, Mike Mignola, J. H. III Williams |
| Tłumacz | Magda Gamrot |
| Typ oprawy | twarda |
| Cena | od 91,62 zł |
Komiks do zrecenzowania zapewnił Egmont.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.