Gatunek tower defense’ów eksploatowany jest na różne sposoby i trudno wymyślić w nim coś nowego. Zespół Elconic Games postawił więc na znane schematy, jednak efekt końcowy nie do końca satysfakcjonuje.
W rozgrywce nie ma nic odkrywczego. Na planszy porozrzucane są punkty, w miejscu których można stawiać wieżyczki. Teoretycznie do wyboru jest sześć konstrukcji, ale na większości plansz stawiać można do czterech rodzajów budynków. Fakt ten w połączeniu z góry ustalonymi pozycjami budowli powoduje, że opcje taktyczne są mocno ograniczone. By było ciekawiej, twórcy ułatwili zamienianie istniejących struktur w inne. Nadal jednak jest to kłopotliwe i nie przynosi satysfakcji, gdy chce się pooglądać eksterminację wrogów przez stworzoną linię obrony. Same wieżyczki to sztampa – klasyczne działko; generator energii, dzięki któremu stawiać i ulepszać można budynki; elektryczna, rażąca kilku wrogów jednocześnie; przeciwlotnicza; moździerz oraz miotacz płomieni. Każdą ze struktur można ulepszyć co najmniej jednokrotnie, co podnosi obrażenia, zasięg itd. Małym odejściem od schematu jest jedynie brak wieżyczki spowalniającej wrogów (być może jest w rozszerzeniu). Na pochwałę zasługują za to wrogowie, będący podobnymi do owadów robotami. Rodzajów jednostek jest kilka i wymagają odmiennego podejścia do kwestii obrony.
Do dyspozycji gracza oddano kampanię składającą się z kilkudziesięciu misji oraz wyzwania. Pierwszy z trybów starcza na ok. 5 godzin zabawy, o ile komuś zależy na zadaniach pobocznych. W innym przypadku napisy końcowe zobaczyć można po dosłownie dwóch godzinach. Niestety, ograniczone możliwości taktyczne, a także powolne odblokowywanie kolejnych wieżyczek powodują, że gra jest zbyt łatwa. Najczęściej trzeba chronić określony budynek, wytrzymać do czasu startu rakiety, zniszczyć wszystkich wrogów itp. Przeciwnicy zawsze pojawiają się w ten sam sposób, więc wystarczy wyuczyć się optymalnego rozstawienia obrony, co nie zajmuje dużo czasu. To też jedna z największych wad tego tytułu. Drugim, znacznie bardziej frustrującym mankamentem są zadanie poboczne. Najczęściej natknąć się można na konieczność pozbycia się określonej liczby wrogów bronią specjalną (odblokowuje się po pewnej liczbie zabić). Może to być bombardowanie orbitalne, możliwość postrzelania z dodatkowego działka, poprowadzenie ostrzału rakietowego albo zamrożenie jednostek wroga. Szkoda jednak, że przeciwników jest na tyle mało, że często trzeba jak najmniej efektywnie rozstawiać wieżyczki, by w ogóle było kogo zabijać… Absolutnym kuriozum jest kasowanie budowli zaraz przed odpaleniem broni, by przypadkiem nie ubiły zbyt dużo oponentów w trakcie nabijania licznika. W efekcie, często trzeba powtarzać plansze, bo wieżyczki okazują się zbyt skuteczne i osiągnięcie dodatkowego celu jest niemożliwe. Co więcej, niski poziom trudności powoduje, że broń specjalna nie ma praktycznego zastosowania, gdyż rzadko zdarzają się podbramkowe sytuacje.
Zbyt prosta rozgrywka sprawia też, że zabawa nie przynosi satysfakcji. Eksterminowanie wrogów nie bawi, a fabuła została ograniczona do krótkich tekstów przed niektórymi planszami. Niestety, jej odkrywanie nie motywuje, gdyż nie ma w niej krzty oryginalności. Jak to zwykle bywa w kosmicznych podbojach, skolonizowane planety zostały zaatakowane przez rasę insektów, której trzeba się pozbyć. Przez większość czasu gra kojarzy się z filmem Gra Endera, gdyż całość sprowadza się do podobnego schematu.
Poza kampanią jest jeszcze tryb wyzwań, którego kolejne plansze odblokowuje się przechodząc fabułę. Paradoksalnie jest to najciekawszy element Final Horizon, gdyż umożliwia zmianę poziomu trudności, co odbija się na mnożniku zdobywanych punktów. Dopiero wtedy zabawa staje się wyzwaniem, a przejście danego poziomu wymaga szybkiego reagowania i ciągłego zmieniania wieżyczek. Do kolejnych prób motywuje internetowa tablica wyników, jeśli ktoś lubi konkurować z innymi graczami.
O ile sama rozgrywka niczym się nie wyróżnia, tak grafika jest całkiem niezła. Przeciwnicy są szczegółowi, wieżyczki dobrze się prezentują, a środowisko zmienia się w zależności od danej planety. Niestety, płynność animacji na Vicie wyraźnie spada, gdy na ekranie widać kilkunastu wrogów. Jest to dosyć uciążliwe, gdyż utrudnia obsługę interfejsu, a w trakcie większych potyczek wskazane jest błyskawiczne reagowanie. Sytuację ratuje za to przemyślany system wydawania poleceń. Gracz może stawiać i obsługiwać wieżyczki zarówno dotykając ekranu, jak i korzystając z przycisków. Drugi wariant wydaje się jednak nieco wygodniejszy, gdyż menu idealnie dostosowano do gałek analogowych. Za to udźwiękowienie uznać trzeba za fatalne. Przez niemal całą grę w tle przygrywa raptem jedna melodia, która szybko się nudzi. Również efekty dźwiękowe nie wzbudzają żadnych emocji, dlatego wręcz wskazane jest granie bez dźwięku.
Nie można powiedzieć, że granie w Final Horizon jest stratą czasu, jednak nie da się ukryć, że tytuł ten nie jest wart ponad 40 zł. Jeśli jednak ktoś ma PS Plus, to gra ta może go zająć na w miarę przyjemne kilka godzin. Jej zaletą jest możliwość zdobycia platyny w dosyć łatwy sposób, więc to dobra propozycja dla łowców trofeów. Jeśli jednak ktoś ma smartfona i szuka naprawdę dobrego tower defense’a, to na Android i iOS znajdzie znacznie bardziej udane gry z tego gatunku i to w sporo niższych cenach.
Plus:
Ładna, trójwymiarowa grafika
Przemyślany interfejs, który łatwo obsługiwać gałką analogową i przyciskami
Niezbyt wymagające trofea
Tryb wyzwań, w którym można kontrolować poziom trudności
Ciekawe projekty jednostek wroga
Minusy:
Wysoka cena poza PS Plus
Bardzo krótka i nieciekawa kampania
Stanowczo zbyt łatwa
Niewielkie pole manewru w kwestiach doboru i budowania wieżyczek
Spadki płynności animacji na Vicie
Nieciekawe udźwiękowienie, które szybko się nudzi
Irytujące cele poboczne w kampanii zmuszają do wielokrotnego powtarzania plansz

Dziękuję firmie Eiconic Games Ltd za dostarczenie gry do recenzji












Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.