Procedura rozpoczęcia recenzowania gry konsolowej o tytule SNOW była z początku prosta. To miał być kolejny rutynowy test, poprzedzony godzinami rozgrywki i zakończony stosownym tekstem. Wszystko miało być ułatwione przez porę roku, która nieubłagalnie zamieniła się na tę z literą „Z” na początku.
Zapowiadało się bardzo obiecująco. SNOW jest bowiem grą traktującą o sportach zimowych, która jest dostępna jako F2P, czyli krótko mówiąc, by pograć, nie wydacie na nią ani grosza. Dodatkowo jakość ma potwierdzać całkiem spora ilość licencji przeróżnych marek związanych z zimowym szaleństwem.
Na rynku tego typu gier od lat jest ogromna posucha, więc z niecierpliwością wypatrywałem, gdy pasek pobierania pokaże 100%. Już na samym początku zostałem miło zaskoczony pytaniem, który moduł ma być pobrany w pierwszej kolejności – multiplayer, czy singleplayer. Tym chętniej wybrałem opcję drugą, bo nie chciałem popisywać się brakiem zdolności przed innymi graczami.
Moje oczekiwania rosły z każdą chwilą. Przed pierwszym uruchomieniem sprawdziłem przy okazji trochę historii. SNOW nie jest nową grą. Na te złe metalowe maszynki, zwane potocznie „pecetami”, jest już dostępna od 2013 roku. Dla mnie była to informacja, że deweloper, poza oczywistym czasem na samo przygotowanie gry, dopieszcza swój tytuł już od trzech lat.
W dodatku na papierze dostałem obietnicę otwartego świata, ogromnych możliwości personalizacji swojego zimowego sobowtóra i licencję X Games, które co roku tak bardzo lubię oglądać w telewizji.
W końcu pasek ładowania się wypełnił. Pootwierałem wszystkie okna w mieszkaniu i nabrałem zimnego powietrza w płuca. Byłem gotowy. Szybkie przebicie się przez ładne i czyste menu. Z rozpędu pomijam tutorial, bo już chcę już poczuć szron na zębach. Tylko ja i góra.
Jestem. Rozglądam się. Nie jest źle. Nie są to wyżyny możliwości sprzętowych, czy widoki, które by spowodowały wyrobienie przerębla przez moją szczękę, ale jest ok. Jest przyzwoicie. Może być. W końcu to gra free to play. Najważniejsza jest przecież grywalność. Rzucam się więc z najbliższej możliwe górki i jadę… chyba… tylko jakoś tak… ślamazarnie.
Po raz pierwszy zaglądam do opcji. Czy ja pomijam jakiś przycisk od przyspieszania? Wertuję ekrany. Jest! Kwadrat! Uf! Super.
Wduszam więc wskazany przycisk. Mój bohater lekko kuca i… nic się nie dzieje. Dalej toczę się z górki w zastraszająco nudnym tempie. Może jest coś nie tak z padem? Zmieniam na zapasowy. Dalej to samo. Może bardziej strome zbocze? Znów nic. Może narty będą lepiej naoliwione? Niestety.
Żeby nie było – grałem w swoim życiu w praktycznie wszystkie możliwe gry zimowe, na wszelkie sprzęty. Jestem BARDZO tolerancyjny w tym gatunku i jestem w stanie znaleźć coś dla siebie zarówno w tytułach, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, jak seria SSX, czy grami, które miały aspirację do czegoś więcej, jak 1080 Snowboarding z Nintendo 64.
Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Tak ślamazarnej gry. Z początku winę zwalałem na samego siebie. Pomyślałem, że może jestem zmęczony, więc odstawiłem sobie grę na kilka dni. Nie pomogło. Wyjechałem więc na drugi koniec Polski. Pomyślałem, że może zmiana klimatu, telewizora i dostawcy prądu w gniazdkach dobrze wpłynie na mnie i na grę. Nie.
Gry nie ratują tryby drona, ani skutera śnieżnego. Z tego pierwszego raczej nie będziecie korzystać, bo grafika nie jest na tyle powalająca by zapierać dech w piersiach, mimo pełnego cyklu dnia i nocy.
Skuter śnieżny jest jedynym sposobem na zwiększenie prędkości w grze, ale jest fatalnie animowany, sztuczny i kartonowy. Nie widać nawet pracy bardzo wyeksponowanego amortyzatora.
Opcje modyfikowania zawodnika sprowadziły się do chęci zakrycia jego twarzy, która wiecznie ma ten sam niezadowolony z życia grymas. Nie ma tu mowy o zmianie gabarytów, płci, twarzy, więc waszą pierwszą motywacją jest chęć zakrycia jej jakąś czapką i okularami, które nie są tanie.
W tym miejscu ujawnia się słabość gier F2P. Z racji tego, że gra jest darmowa wymaga od nas byśmy zaangażowali w nią bardzo dużo czasu, pozwakającego nam zdobyć walutę, którą możemy przeznaczać na zawody, ubrania i nowe deski.
Z początku mamy dostęp do kilku zawodów, które błyskawicznie się nudzą. Nie mam nic przeciwko powtarzalności w grach pod jednym warunkiem – jeśli gra jest miodna. Tutaj jest fatalnie. O prędkości nie będę już więcej pisać, bo chyba wystarczająco to już nakreśliłem. Problem w tym, że drugi najważniejszy system – czyli wykonywanie sztuczek – też szwankuje. Są równie powolne i ślamazarne, a detekcja pozycji gracza momentami kompletnie nie działa.
Po pewnym czasie zaczynałem się sam nakręcać. Irytujące mechanizmy sprawiały, że każdy element gry zaczynał działać mi na nerwy. Szum wiatru, który miał realistycznie oddawać poczucie pędu przyprawiał mnie o zgrzytanie zębami. Okazjonalne przeskoki o dwie pozycje w menu sprawiały, że moje czoło miało coraz większy odcisk od mojej dłoni. O muzyce nawet nie wspominam, bo nie byłem w stanie się na niej skupić.
Wielka szkoda. SNOW to zmarnowany potencjał, osadzony w całkiem przyjemnej dla oka grafice z licencjami budzącymi nadzieje.
Podstawa gry jest darmowa, więc każdy z Was może się przekonać osobiście o tym wynalazku, ale jeśli cenicie sobie transfer i miejsce na dysku to trzymajcie się od tego tytułu z daleka, szczególnie że to nie jedyna propozycja na ten sezon zimowy.
Mam za to dla Was o wiele lepszą propozycję. Zamiast sprawdzać SNOW, weźcie psa lub kogokolwiek macie pod ręką i wybierzcie się na spacer do lasu. Tam czekają Was o wiele lepsze widoki*.
P.S. Powyższe 3 kadry nie pochodzą z gry gdyby ktoś się nie domyślił 😉









Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.