BioShock, kolejna kolekcja w portfolio 2K Games, tafia na Switcha. Sprawdźmy, czy warto ponownie zanurzyć się w tym uniwersum.

BioShock: The Collection to pełne wydanie 3 gier wchodzących w skład serii. Warto zaznaczyć, że są to wydania Remastered, więc możemy przenieść się do Rapture (w przypadku dwóch pierwszych odsłon) i Kolumbii (BioShock: Infinite) z poprawioną oprawą graficzną. Dodatkowo w zestawie znajdziemy wszystkie DLC, dzięki czemu czas gry odczuwalnie się wydłuża. Jednocześnie trzeba mieć świadomość pewnych ograniczeń wydania pudełkowego. Niestety, tylko jedna odsłona znajduje się na kartridżu i musimy liczyć się z pobieraniem ponad 30 GB, chcąc mieć dostęp do pełnej kolekcji. Warto wiedzieć, że nie jest do tego potrzebny żaden kod. Wystarczy wsunąć kartę z grami do gniazda Switcha, a wszystkie odsłony pojawią w menu konsoli i zacznie się pobieranie brakujących części.

BioShock: The Collection to pakiet, w ramach którego możemy poznać historie dwóch światów: podwodnego miasta Rapture i podniebnej Kolumbii. Różnice między tymi miejscami są widoczne gołym okiem. Z jednej strony mamy Rapture – utrzymane w przeważającej części w różnych odcieniach zieleni, o gęstej, mrocznej atmosferze. Natomiast naprzeciwko pierwszych dwóch części stoi Bioshock: Infinite – tytuł niewątpliwie bardziej kolorowy, ale bynajmniej nie mniej poważny. Wszystkie części dotykają ważkich tematów, pokazują, do czego może prowadzić fanatyzm – czy to polityczno-ekonomiczny, czy religijny. Klimat w serii jest jedną z największych zalet cyklu i zdecydowanie warto samemu zagrać w te produkcje. Nic nie zastąpi pierwszego zanurzenia się w kapsule i usłyszenia powitania w Rapture, tak samo jak nie da się opisać uczucia towarzyszącego naszej pierwszej podniebnej podróży z zawrotną prędkością w chmurach Kolumbii.

Nie sposób nie dostrzec, że z im późniejszą odsłoną mamy do czynienia, tym bardziej jest ona nastawiona na akcję. W „jedynce” jesteśmy nikim – ot ocaleńcem z katastrofy morskiej, który – wydawać by się mogło – całkiem przypadkowo znalazł się w Rapture. Jego jedyną pomocą jest prowadzący go głos Atlasa – tajemniczego nieznajomego, który nie wiadomo dlaczego zdecydował się nas wspomagać. To on też wyjaśni nam czym są Little Sisters i strzegące ich maszyny nazywane Big Daddy, wyposażone w ogromne wiertło, którego nie zachowają się użyć, aby ocalić swoje „córki”. BioShock 2 pozwala nam wcielić się w tę maszynę, co automatycznie sprawia, że rozgrywka jest bardziej dynamiczna. Mimo tego warto przejść obie odsłony, aby mieć pełen pogląd na historię Rapture. Mamy też BioShock: Infinite – najbardziej filmową z części, która łączy dynamiczne wymiany ognia i mocy specjalnych z przemierzaniem świata za pomocą podniebnych torów. Umożliwia nam to nowe urządzenie – hak magnetyczny. Zaczepiamy się nim o szyny, dzięki czemu możemy szybko się przemieszczać, jednocześnie prowadząc ostrzał. Dodajmy do tego możliwość korzystania z wyrw, które otwiera nasza podopieczna, Emily, a otrzymamy bardzo bogatą rozgrywkę, przy której nie sposób się nudzić.
Asortyment samych broni jest wystarczający i każdy znajdzie coś dla siebie. Mamy bowiem klucz francuski, pistolety, karabiny, strzelby, czy granatniki. Oprócz tego są Plazmidy, czy Wigor. I tak możemy na przykład odepchnąć przeciwnika, czy porazić go prądem, a posyłając atak elektryczny w kałużę szybko zlikwidujemy stojących w niej oponentów. Najbardziej rozwiniętą odsłoną pod kątem sposobów radzenia sobie z przeciwnikami jest w moim przekonaniu BioShock: Infinite. Nie dość, że możemy w nim wykorzystywać w walce hak, to jeszcze jest możliwość posłania w kierunku nieprzyjaciela stada kruków, czy podtrzymania wrogów w powietrzu, a następnie prucia do nich ze standardowej broni. Zawsze można też przejąć kontrolę nad automatem, czy dronem i wyłączyć je z akcji lub wykorzystać do walki po naszej stronie.

Jednak tym, co najbardziej urzeka w serii BioShock nie jest zabawa, jaką zapewniają walki. Oczywiście są one wciągające, ale nie w tym tkwi największa siła serii. Tym, co skłania do spędzenia długich godzin, czy to w Rapture, czy Kolumbii, jest intrygująca wizja świata. Mamy bowiem do czynienia ze stylistyką lat 50-tych minionego wieku połączoną z futurystycznymi urządzeniami oraz horrorem (w przypadku dwóch pierwszych części). Niewątpliwie brzmi to dość kuriozalnie, ale taka mieszanka niesamowicie dobrze się sprawdza i tworzy oryginalny świat, który jest jednocześnie wiarygodny. Na pochwalę zasługuje też to, jak seria działa na Nintendo Switch. Każda z gier zawsze utrzymuje płynny poziom 30 klatek na sekundę i wygląda fantastycznie. Co ciekawe, nie ma wielkiej różnicy, czy gramy przenośnie, czy w trybie telewizyjnym. Decydując się na granie ze Switchem wsuniętym do stacji dokującej, otrzymamy obraz wyświetlany dynamicznie w rozdzielczości 1080p, co jest miłą niespodzianką. Nie sposób też nie docenić fantastycznej muzyki, która chwyta za serce i nie pozwala się oderwać od recenzowanej kolekcji. Sprawdźcie zresztą sami motyw muzyczny z drugiej odsłony.
BioShock: The Collection nie jest niestety pozbawiony wad, choć na szczęście nie są to wielkie mankamenty. Pierwszym z nich jest brak wsparcia dla ekranu dotykowego. Podobnie jak w przypadku Borderlands: Legendary Collection otrzymujemy jedynie port na Switcha bez wykorzystania dodatkowych funkcji, jakie zapewnia sprzęt. Dotyk byłby bardzo wygodny na przykład przy przekierowaniu cieczy przy hakowaniu. Niestety, musimy się pogodzić z brakiem tej możliwości. Oprócz tego należy wspomnieć o braku sterownia ruchowego, czy polskiej wersji językowej. Są to jednak jedyne wady, które dostrzegłem podczas powtórnego ogrywania serii. Nie zmieniają one faktu, że BioShock: The Collection to bardzo udany port.

BioShock: The Collection to idealna propozycja dla miłośników pierwszoosobowych strzelanek i interesujących światów. Jeśli nie przeszkadza Wam brak polskiej wersji językowej, to nie wahajcie się i śmiało kupcie ten pakiet. Dostarcza rozgrywkę na dziesiątki godzin i stanowi perfekcyjny port, który, razem z Borderlands: Legendary Collection i Wiedźminem III: Dzikim Gonem dowodzi, że Switch jest w stanie uciągnąć każdą grę. Kto wie, może kiedyś doczekamy się Red Dead Redemption albo Cyberpunk 2077 na konsolę Nintendo? Czas pokaże. BioShock jest absolutnie grywalny na tej platformie i ani trochę nie ustępuje swoim większym wersjom.
Dziękujemy za dostarczenie gry do recenzji polskiemu wydawcy, firmie Cenega.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.