Ostatnio w cyfrowym sklepie PlayStation pojawiła się kolejna skradanka – Intruders: Hide and Seek. Jako miłośnik gatunku musiałem sprawdzić, czy warto zagrać w produkcję od Tessera Studios.
Intruders: Hide and Seek to tytuł o dość oryginalnych założeniach, nie stroniący jednak od sztampowych pomysłów. Naszego głównego bohatera, którego oczami przyjdzie nam oglądać świat, poznajemy w czasie podróży samochodem. Ben, bo tak się nazywa nasz protegowany, jedzie właśnie z rodzicami i siostrą na tygodniowy wypoczynek do domu na odludziu. Na miejscu okazuje się, że nie wszystko idzie tak, jak powinno i wkrótce do naszego lokum wchodzi troje tytułowych intruzów. Więżą oni naszych rodziców, a na naszych barkach spoczywa uwolnienie rodziny. Jesteśmy przy tym prowadzeni przez głos naszej siostry, Irene, która dodatkowo obserwuje teren posiadłości z azylu wyposażonego w centrum monitoringu. Przekazuje ono obraz z wielu kamer zamontowanych w całym domostwie i jego okolicy. Nie brakuje też ukrytych mikrofonów, przez co jesteśmy w stanie słyszeć rozmowy napastników i przetrzymywanych przez nich zakładników. To właśnie w ten sposób będziemy poznawać zdecydowaną większość fabuły przedstawianej w Intruders: Hide and Seek. Muszę jednak się do niej przyczepić. O ile początkowo jest ona bardzo tajemnicza i naprawdę wciągająca, o tyle im bliżej końca, tym więcej w niej nielogicznych rozwiązań i nieścisłości. Razi to tym bardziej, że z początku Ben – nasz 10-letni szkrab – jest przedstawiany jako wiarygodne dziecko, bojące się o swój los i życie przyjaciół. Ostatecznie, co nie powinno być wielkim spoilerem, zamienia się on w mężczyznę, którego odwaga mogłaby służyć za przykład wielu osobom. Nie chcę psuć Wam zabawy z odkrywania historii wymyślonej przez Tessera Studios, więc wspomnę tylko o nagłym nabyciu przez wspomniane dziecko umiejętności, które dorośli nabywają przez specjalne kursy i całkowitym wyzbyciu się poczucia osamotnienia i przerażenia. Zamiast tego mamy wrażenie, że Benowi nikt nie jest w stanie zagrozić, co silnie kontrastuje z logiką i tym, jakiego Bena mamy nadal w pamięci.
Odrzucając na bok niespójności fabularne, zajmijmy się tym, co jest najbardziej istotne w niemal każdej grze – rozgrywką. Jak wspomniałem na początku tego tekstu, Intruders: Hide and Seek to produkcja reprezentująca gatunek skradanek. Nie jest to jednak poziom serii takich jak Dishonored, Deus Ex, czy Splinter Cell. Tu mamy do czynienia z o wiele prostszą mechaniką. Możemy zapomnieć o takich elementach jak wpływ głośności środowiska na naszą wykrywalność, czy dynamicznej strefie cienia. W Intruders: Hide and Seek system wykrywania gracza jest binarny – albo jesteśmy całkowicie niewidoczni, albo przeciwnicy widzą nas jak na dłoni. Właściwie jedynym, co wprowadza jako takie myślenie do przechodzenia etapów jest głośne bieganie skontrastowane z przechadzaniem się, kucając. Logiczne jest oczywiście, że bieganie jest głośniejsze, ale nie przeszkodziło mi to często przedostać się w upatrzone miejsce, sprintując do niego z odległości, z której – wydawałoby się – oponent powinien był nas słyszeć. Intruzi są co prawda wyposażeni w latarki, ale paradoksalnie nie są one dla nas zagrożeniem, a ułatwieniem. Widzimy dzięki nim bez najmniejszego problemu, gdzie dokładnie patrzą przeciwnicy i którego miejsca wypadałoby unikać. Przekradanie się nie jest niestety żadnym problemem.
Jak widać po podtytule – Hide and Seek – w Intruders powinniśmy się również ukrywać. Owszem, istnieje możliwość chowania się w szafach, pod łóżkiem, czy w domku dziecięcym, ale muszę przyznać, że korzystałem z tej opcji bardzo rzadko – głównie w miejscach, w których gra wymuszała to na mnie, by przejść dalej z fabułą. Przez większość czasu, jaki spędziłem z produkcją Tessera Studios przekradałem się, trzymając się w tyle za przeciwnikami i zmieniając osłonę, gdy ci patrzyli w inne miejsca lub przeszli dalej. Przemierzanie terenu posiadłości nie jest trudne. Tym bardziej, że intruzi mają bardzo łatwe do odgadnięcia trasy patrolowe. Jeśli już jakimś cudem uda im się nas złapać, kopną nas lub uderzą pięścią, a gra wczyta automatycznie poprzedni punkt kontrolny (znajdujący się na szczęście dość blisko miejsca, w którym zostaliśmy przyłapani).
Sterowanie w Intruders: Hide and Seek nie należy do najtrudniejszych. Do większości ruchów wystarczają nam gałki analogowe. Lewa standardowo odpowiada za poruszanie się, natomiast wciśnięcie jej odpowiada za bieganie. Wychylanie prawego analoga to rozglądanie się, a jeśli chcemy przykucnąć, wystarczy go wcisnąć. Do tego dochodzi jeszcze X, który służy wchodzeniu w interakcje z elementami świata gry, a jeśli chcemy wezwać Irene przez krótkofalówkę i dowiedzieć się, jaki jest cel misji, wystarczy, że wciśniemy trójkąt na padzie. Ostatnim przyciskiem jest panel dotykowy pada DualShock 4 – odpowiada on za wyświetlanie mapy, z której możemy przejść do okna pokazującego zebrane do tej pory znajdźki. W Intruders: Hide and Seek poukrywane są bowiem elementy, które możemy starać się znaleźć podczas rozgrywki. Dzielą się one na dwa typy: puzzle i dokumenty. Tych pierwszych jest 12 i mogą się znajdować w dosłownie każdym miejscu w domu – aczkolwiek najczęściej będą to szuflady. Oprócz puzzli są też dokumenty w komputerach – przeoczenie ich jest niemal niemożliwe, ponieważ musimy zadziałać z każdym komputerem, który znajdziemy. Prześledzenie dostępnej w nich dokumentacji jest więc, przynajmniej w moim przypadku, naturalnym odruchem.
Pozostając jeszcze przy sterowaniu, nie mogę nie wspomnieć o moim zarzucie wobec recenzowanej gry. Otóż obsługuje ona jedynie pada od PS4. Skoro tytuł wspiera wirtualną rzeczywistość, oczekuję od niego możliwości zagrania przy użyciu kontrolerów PlayStation Move – niesamowicie wpływają one na ogół na imersję płynącą z przebywania w przedstawianym w VR świecie. W Intruders: Hide and Seek musimy niestety o tym zapomnieć.
Na koniec zostawiłem opisanie warstwy audio-wizualnej. Ta jest niestety najsłabszym punktem produkcji. Grafika nie jest najwyższych lotów, delikatnie ujmując. Tekstury są bardzo często w niskiej rozdzielczości i rozmazane. Nigdy nie uważałem grafiki za najważniejszy element gry, ale nie możemy nie brać pod uwagę tego, że Intruders: Hide and Seek jest w pełni grywalne w VR. Wirtualna rzeczywistość z kolei właściwie wymaga odpowiednio dopracowanej warstwy wizualnej, by poczcie zanurzenia się w przedstawionym świecie było jak największe. Intruders nie jest niestety tytułem, który można pokazać kolegom, chcąc pochwalić się tym, co nasza konsola, czy gogle są w stanie wyciągnąć. Celowo napisałem o konsoli, bowiem tryb wirtualnej rzeczywistości jest całkowicie opcjonalny i całą grę możemy ukończyć zarówno w VR, jak i standardowo, na PS4 podłączonym do telewizora bez wykorzystania gogli Sony.
O udźwiękowieniu nie mogę napisać wiele ponadto, że po po prostu jest. Muzyka ani trochę nie zapadła mi w pamięci i nie jestem w stanie pomyśleć o niczym, co by było godne opisania jeśli chodzi o warstwę dźwiękową.
Intruders: Hide and Seek może jawić się jako gra niegodna sprawdzenia. Bynajmniej. Mimo, w ogólnym rozrachunku, miałkiej historii i kiepskiej strony wizualnej nie mogę stwierdzić, że źle bawiłem się, grając w dzieło Tessera Studios. Czas potrzebny na przejście historii od początku do końca (około 3 godziny), mimo że krótki, nie jest czymś, co uważam za wadę. Przeciwnie, dzięki tak niedługiemu czasowi rozgrywki, ta jest odpowiednio wciągająca i nie nuży mimo nieco monotonnej mechaniki. Mimo wszystko warto dać szansę Intruders: Hide and Seek, ale nastawcie się na obcowanie z dość sztampową produkcją, która z pewnością nie będzie objawieniem branżowym.
Dziękujemy Daedalic Entertainment za dostarczenie kodu recenzenckiego.













Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.