Oto przed nami pierwsza odsłona słynnej serii Metal Gear, która powstała bez udziału Hideo Kojimy. Choć od pamiętnych wydarzeń minęły już 3 lata to gracze wciąż nie zapomnieli afery ze zwolnieniem twórcy serii. Zdaję sobie doskonale sprawę, że nie ma na świecie nic czarno – białego i sam Kojima swój udział w zwolnieniu pewnie też miał. Nie zmienia to jednak faktu, że PRowo Konami nie zdało egzaminu i otrzymali olbrzymią dawkę niemiłych komentarzy. Gracze stanęli po stronie Kojimy. Czy teraz uda się odzyskać zaufanie fanów?
Od samego początku, jak tylko wiedziałem, że to mi przyjdzie recenzować Metal Gear Survive, mówiłem sobie, że chcę podejść do tematu na świeżo. Jestem olbrzymim fanem serii Metal Gear Solid i choć z perspektywy czasu uważam, że na The Phantom Pain patrzyłem przez zbyt różowe okulary to moja miłość do serii nie ucierpiała. Chciałem jednak podejść do Survive na czysto, dać Konami szansę i nie spisywać ich na straty od samego początku. Otrzymali ode mnie duży kredyt zaufania, którego niestety nie udało się spłacić. Ale po kolei.
Metal Gear Survive to spin off serii. Akcja dzieje się po Metal Gear Solid: Ground Zeroes. W wyniku ataku na Mother Base, które zniszczyło całą armię Big Bossa, nasza postać zostaje przetransportowana do alternatywnego świata pełnego zombie-podobnych istot zwanych Wanderami. Naszym zadaniem, jak wskazuje sama nazwa gry, jest przetrwać.
Tytuł nie jest oczywiście kanoniczny, chociaż próbuje w pewien sposób nawiązać do głównej osi serii. Całość jednak jest na tyle odległa od głównego nurtu, że można potraktować ją jako osobny byt. Na samym początku gry tworzymy własną postać. Nadajemy jej imię i wybieramy wygląd. Edytor nie jest tak rozbudowany jak np. w grach Bethesdy, ale pozwala stworzyć dość ciekawe postaci.
Budzimy się w nowym świecie i rzuceni jesteśmy na pastwę losu. Musimy szybko uciekać, bo kompleks, w którym zaczynamy zabawę wypełniony jest Wanderami. Szybko wydostajemy się na powierzchnię dziwnego świata, gdzie zakładamy naszą bazę. Jest to nasze centrum dowodzenia skąd wyruszać będziemy na ekspedycje po prowiant, wodę, materiały czy nowych członków zespołu.
Czeka nas mnóstwo zbierania materiałów, jedzenia czy pitnej wody. Z czasem odkryjemy też portale to dalszych części mapy, więc nie trzeba będzie wszędzie biegać piechotą. Najbliższe otoczenie bazy jest odkryte, ale dalej świat pokryty jest w tajemniczej Mgle. Poruszać się po niej możemy z butlą tlenową, więc musimy uważać, żeby zapas nam się nie skończył. Z czasem będziemy musieli też bronić naszego dobytku przez atakami wrogów.
Tak mniej więcej wygląda opis samej rozgrywki i choć może na papierze brzmi to interesująco, to nie do końca tak jest w rzeczywistości. Zacznę od samej fabuły, która jest po prostu słaba. Cut scenki są długie, ale bez emocji czy akcji, którą oferował nam Kojima. To, że tytuł ma w nazwie Metal Gear nie oznacza, że może zanudzać nas kilkunastominutowymi przerywnikami. Postaci są bez charyzmy i nie zapadają w pamięć, a już zdecydowanie największym grzechem jest niemy bohater. Jasne, ma to nam pomóc identyfikować się z nim, ale nie mówimy tutaj o byle jakiej grze. Przecież to Metal Gear – gra, która zasłynęła rozwiniętymi dialogami, charyzmatycznym głównym bohaterem czy zwrotami akcji. Tutaj nic z tego nie ma, niestety.
Gra zbudowana jest na silniku MGSV, co uważam akurat za jedną z najlepszych decyzji. Phantom Pain można było wiele zarzucić, ale był to najlepszy Metal Gear pod względem grywalności. Silnik jest bardzo dopracowany i pozwala na wiele. Szkoda, że pomimo takiego zaplecza Survive nie do końca się wszystko udało. Duży nacisk z grze położony jest na walkę wręcz, a naszą pierwszą bronią jest włócznia. Niestety silnik nie został przygotowany z myślą o walce w zwarciu, więc walka takim orężem jest po prostu katorgą. Nikła ilość ciosów, słaby system walki czy unik, który trzeba odblokować jako umiejętność nie czynią tego aspektu gry w żaden sposób przyjemnym. Strzelanie wychodzi zdecydowanie lepiej, ale jak na grę survivalową przystało amunicji jest tutaj na lekarstwo.
No właśnie – skoro jesteśmy już na etapie przetrwania, to jak spisuje się ono w praktyce? Ponownie nie do końca mi się to podobało. Wspominałem, że musimy dbać o poziom głodu czy pragnienia naszego bohatera. Do tego dochodzi leczenie ran, które przypomina odrobinę system z Metal Gear Solid 3. W plecaku mamy spory zapas różnego rodzaju medykamentów, każdy pomocny w walce z innym schorzeniem czy objawami. Trzeba odpowiednio dawkować sobie lekarstwa. Z jedzeniem i piciem jest ten problem, że wskaźniki wyczerpują się praktycznie natychmiast. Każdy większy ruch, biegania czy kucanie powodują, że opada nam wskaźnik pragnienia. Zapełnić go możemy pijąc wodę. Całość sprawia, że co chwila musimy uważać na nasze pragnienie. To samo zresztą z jedzeniem. Dbanie o te aspekty to bezsensowne przeciąganie rozgrywki. Trzeba na to uważać, szczególnie na początku rozgrywki. System ten zmusza nas do ciągłego monitorowania tego do takiego stopnia, że jest to wręcz nienaturalne. Podam przykład z samego początku gry – jednym z pierwszych zadań jest zdobycie jedzenia. Upolowałem trzy kozy, jedzenie ugotowałem, aby było bardziej kaloryczne i po zjedzeniu 3 kawałków kozy nie byłem w pełni najedzony. To wręcz niedorzeczne. Ja rozumiem survival i te sprawy, ale mam wrażenie, że system głodu i pragnienia został dodany tylko po to, żeby zmusić nas do zbaczania z głównej ścieżki i upolowanie jakiegoś zwierza.
Oczywiście wraz z rozwojem naszej postaci i naszej bazy problemy te stają się mniej dokuczliwe. Pielęgniarka zadba o nasze zdrowie, a jedzenie wyprodukujemy na farmach. Nie zmienia to jednak faktu, że początek jest bardzo trudny. Nie poprawia tego interfejs, który w mojej ocenie jest po prostu fatalny. Serio, nawet ja po kilkudziesięciu godzinach gry nie jestem w stanie z ręką na sercu powiedzieć, że wiem co gdzie jest. Czasem mam wrażanie, że niektóre opcje znajduję właściwie przypadkiem. Nasze statystyki są mało przejrzyste, a samo menu jest zwyczajnie nieintuicyjne. Niech o skomplikowaniu całego systemu rozgrywki świadczy fakt, że w menu znajdziemy kilkadziesiąt filmów instruktażowych. To niestety świadczy o bardzo złym projekcie, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie spędzi godziny oglądając filmy jak ma grać. Wszystko powinno przyjść naturalnie i bez problemów.
Warto trochę pograć w trybie single player zanim ruszymy na podbój multiplayera. Co prawda nie mamy tutaj tradycyjnych Deathmetchy, a jedynie kooperację dla kilku graczy, ale jest ona zaprojektowana i przewidziana dla odrobinę bardziej doświadczonych postaci. Bez przynajmniej 15 poziomu nie warto właściwie zaczynać. Przeciwnicy są na minimum 20 poziomie, więc nie będziemy w stanie zadać im większych obrażeń, stając się de facto obciążeniem dla reszty drużyny. Wierzcie mi, bo sam zacząłem grać chwilę po zdobyciu drugiego poziomu i nie był to szczęśliwy pomysł.
Tryb multiplayer jest mocno związany z trybem jednoosobowym. Nasza postać prosto z single przechodzi do multi. Przed wyprawą online musimy zaopatrzyć się w broń, amunicję czy zapasy z własnej bazy. Z drugiej strony po zakończonym meczu wszystko co zebraliśmy w jego trakcie wraca do nas. Takie działanie wymusza niestety wymóg ciągłego połączenia do sieci, nawet jak gramy samemu. To dość spora wada dla niektórych.
Sam tryb wieloosobowy jest całkiem przyjemny, szczególnie, jeśli mamy z kim go ogrywać. To właściwie tyczy się każdej gry – jeśli mamy fajny zespół i przyjaciół do wspólnej rozgrywki to nawet najgorsza gra może sprawić radość. I niestety pod podobnymi warunkami trzeba podchodzić do Metal Gear Survive. Tryb wieloosobowy trapią praktycznie te same problemy, o których wspominałem wcześniej. To tak naprawdę ta sama gra, ale z kolegami. Musimy przetrwać kolejne fale przeciwników. Zbieramy materiały, budujemy umocnienia i staramy się przeżyć. Czasem pojawi się jakieś dodatkowe zadanie, ale głównie chodzi o, a jakże, surwiwal.
Misje online dzielimy na trzy różne poziomy trudności, ale jak już wspominałem, nawet Easy może być dla nas zbyt trudny bez odpowiedniego przygotowania. Pamiętajcie, żeby zabrać z bazy uzbrojenie i materiały, bo bez nich wasz los jest przesądzony. Koniecznie pamiętajcie o medykamentach, bo ja zazwyczaj o nich zapominam i nie polecam tego naśladować.
Nasi przeciwnicy nie są jednak zbytnio inteligentni. Jak na prawdziwych zombie przystało zachowują się jak głupki, a płoty i przeszkody działają na nich jak magnes. To w sumie dobrze, bo nie trzeba się specjalnie martwić o rozstawianie umocować w prawidłowy sposób. Nawet jak między jednym płotem a drugim jest metrowa dziura to przeciwnicy jej nie znajdą.
Ale żeby nie było, że tylko narzekam to muszę przyznać, że podoba mi się koncepcja lobby przed meczami. Przenosimy się wtedy do takiej wirtualnej przestrzeni, w której możemy do innych zawodników postrzelać, czy wybrać swój ekwipunek. W tle wyświetlają się wielkie ekrany z podsumowaniem statystyk każdego gracza. Widzimy ich poziom doświadczenia czy pełen ekwipunek, jaki zabierają na mecz. Chociaż aż tak nadmierny ekshibicjonizm może nie wszystkim przypaść do gustu.
Jak każda szanująca się dzisiaj gra Metal Gear Survive zawiera mikro płatności. Kupimy za nie kredyty, które przeznaczymy na boostery i przyśpieszacze rozwoju. Codzienne logowanie da nam dostęp do dodatkowych, darmowych zasobów. Ale największe kontrowersje wzbudza fakt, że za darmo mamy dostępny tylko jeden slot na zapis postaci. Jeśli zechcemy rozpocząć grę od nowa to musimy skasować nasz poprzedni zapis. Jeśli tego nie chcemy zrobić to możemy za odpowiednią opłatą wykupić dodatkowy slot. Szczerze – nie mam ochoty tego komentować. Niech każdy sam oceni jak ustosunkuje się do takich praktyk, ja was tylko lojalnie uprzedzam.
Gra działa na silniku Fox Engine, więc całość prezentuje się równie dobrze co The Phantom Pain. Szkoda tylko, że twórcy poszli w dość spory recykling assetów. Sporo rzeczy, które tutaj znajdziemy są żywcem wyjęte z Afganistanu, po którym biegaliśmy Big Bossem. Twórcy starali się to przykryć wspomnianą wcześniej mgłą, która ogranicza widoczność i nie pozwala zobaczyć wiele na raz.
Przyznam się wam szczerze, że nie mam pojęcia czemu ta gra w ogóle istnieje. Dla kogo ona właściwie jest? Kto w Konami postanowił, że taki projekt ma rację bytu i się sprzeda? Przecież wiadomo było, że prawdziwi fani marki Metal Gear nie dotkną tej gry nawet kijem. Nowi gracze z kolei odrzuceni zostaną przez wszystkie kontrowersje. I mamy tego rezultat – minął ponad tydzień o premiery gry i nie zawsze łatwo znaleźć chętnych do gry. Tytuł sprzedał się nie najlepiej i ciężko jest mi go polecić. Chyba, że macie grupę znajomych, z którą będzie w to regularnie grać.
Tak na prawdę to Konami powinno było zostawić markę Metal Gear i zwyczajnie stworzyć ten tytuł jako coś zupełnie nowego. Kilka dodatkowych miesięcy szlifów i może by coś z tego wyszło. A tak dostaliśmy przeciętną grę, która z legendą serii nie ma nic wspólnego. Ten tytuł w żaden sposób nie pomoże Konami odzyskać zaufania graczy.
Dziękujemy firmie Techland za dostarczenie gry do recenzji.
Rozgrywka:
Galeria:





































Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.