Styx powraca. Sympatyczny, złośliwy goblin, który debiutował jako bohater drugoplanowy w Of Orcs and Men, doczekał się już trzeciej odsłony własnej serii. Po dwóch solidnych skradankach otrzymujemy kolejną część przygód zielonoskórego mistrza cienia. Pytanie tylko czy w 2026 roku taka formuła wciąż ma sens?



Goblin na tropie kwarcu
Tym razem Styx wyrusza w świat w poszukiwaniu tajemniczego kwarcu – kryształu, który napełnia go nową energią i odblokowuje zupełnie nieznane wcześniej umiejętności. To właśnie wokół tego surowca kręci się cała oś fabularna. Goblin zbiera drużynę i na pokładzie latającego statku przemieszcza się pomiędzy kolejnymi lokacjami. Czeka go mnóstwo pracy, infiltracji i brudnej roboty, zanim dorwie to, czego szuka.
Fabuła nie jest szczególnie złożona, ale w tej serii nigdy nie była najważniejsza. Styx to przede wszystkim klimat, cyniczne komentarze głównego bohatera i satysfakcja z perfekcyjnie przeprowadzonej infiltracji.
Skradanka przez wielkie „S”
W dobie gier AAA, gdzie skradanie jest jedną z dostępnych opcji, seria Styx pozostaje wierna ortodoksyjnym zasadom gatunku. Tutaj otwarta walka to nie wybór, to wyrok śmierci. Nasz bohater jest mały, wątły i w bezpośrednim starciu z grupą strażników ma szanse bliskie zeru. Musimy więc polegać na cieniu. Mechanika skradania jest tutaj bezlitosna, ale i niesamowicie satysfakcjonująca.
I to jest największa różnica względem współczesnych skradanek. W dzisiejszych produkcjach, czy to w Assassin’s Creed, czy w Ghost of Tsushima, skradanie jest jedną z opcji. Jeśli coś pójdzie nie tak, możemy wyciągnąć miecz i wyczyścić obóz. U Styxa nie ma takiego komfortu. Alarm najczęściej oznacza porażkę.
To podejście może frustrować, ale jednocześnie nadaje grze unikalny charakter. Tutaj naprawdę trzeba myśleć.



Cień jest twoim sprzymierzeńcem
Mechaniki skradankowe są rozbudowane i dopracowane. Poruszanie się powoli to podstawa. Światło jest naszym wrogiem, musimy więc trzymać się cienia. Płonące świece można gasić celnym rzutem piaskiem, a przemieszczając się po pomieszczeniach trzeba uważać, by nie przewrócić krzesła czy nie nadepnąć na hałaśliwy element otoczenia.
W późniejszych etapach wachlarz umiejętności robi się naprawdę imponujący. Przejmowanie kontroli nad postaciami, tworzenie klonów do odwracania uwagi, manipulowanie przeciwnikami – każda zdolność ma praktyczne zastosowanie i realnie zmienia sposób eksploracji map. To nie są gadżety dla ozdoby, ale narzędzia, bez których trudno sobie poradzić.
Projekt poziomów – największa siła gry
Największe brawa należą się twórcom za projekty poziomów. Mapy może nie są ogromne, ale są gęste i wielowarstwowe. Pełno w nich alternatywnych przejść, sekretnych tuneli i pionowych ścieżek.
Zablokowane drzwi? Możemy spróbować otworzyć je wytrychem, ryzykując wykrycie. Albo poszukać otwartego okna. Wspiąć się na dach przez kominek. Przeczołgać się po belkach pod sufitem. Opcji jest naprawdę sporo, a gra wręcz zachęca do eksperymentowania.
Co więcej, twórcy wyraźnie sugerują korzystanie z szybkiego zapisu. To chyba pierwszy tytuł, w który grałem, gdzie quick save przypisano bezpośrednio do przycisku na padzie. I bardzo dobrze – Styx to gra prób i błędów. Eksperymentowanie jest częścią zabawy.
Szkoda tylko, że szybkim zapisom nie towarzyszą równie szybkie loadingi. Nawet na PS5 czas wczytywania po śmierci potrafił sięgać kilkunastu sekund. Niby niewiele, ale przy częstych zgonach potrafi to wybić z rytmu, zwłaszcza w czasach, gdy przyzwyczailiśmy się do niemal natychmiastowego wznawiania gry.



Różnorodny świat i klimat
Lokacje są zróżnicowane: od slumsów podniebnego miasta, przez bagna pełne robactwa, aż po stare ruiny. Mapy są otwarte i choć nie imponują skalą, tempo rozgrywki sprawia, że i tak spędzamy w nich sporo czasu. Styx więcej chodzi na palcach niż biega, więc przejście z jednego końca mapy na drugi samo w sobie jest wyzwaniem.
Na szczęście odblokujemy także punkty szybkiej podróży, co ułatwia eksplorację i powrót do wcześniej niedostępnych miejsc.



Styl, humor i drobne potknięcia
Niewątpliwą zaletą gry pozostaje sam Styx. Sarkastyczny, bezczelny i momentami wulgarny – jego komentarze skutecznie podbijają klimat. To bohater, którego trudno nie lubić.
Gra oferuje polskie napisy, jednak nie obyło się bez wpadek. Już w pierwszej godzinie rozgrywki, przy odblokowaniu kompasu namierzającego kwarc, komunikat w polskiej wersji językowej okazał się niepełny. Brakowało kluczowej informacji o przycisku potrzebnym do aktywacji. Efekt? Kilkadziesiąt minut bezsensownego błądzenia. Dopiero zmiana języka na angielski rozwiązała problem. To pojedynczy błąd, ale wyjątkowo irytujący.
Nie do końca przekonał mnie też system sterowania. Mechanika „przyklejania się” do osłon – trochę jak w Gears of War. Działa poprawnie, ale bywa zbyt dosłowna. Styx faktycznie pozostaje przyklejony do obiektu, dopóki nie naciśniemy przycisku ponownie. W dynamicznych momentach potrafi to frustrować. Podobnie jest ze wspinaczką, niektóre akcje wymagają dodatkowych wciśnięć, co sprawia wrażenie niepotrzebnego skomplikowania.
Oprawa wizualna
Graficznie jest dobrze, choć bez fajerwerków. Wnętrza budynków są pełne detali, światło i cień budują klimat, ale elementy widoczne w oddali potrafią już wyglądać skromniej. W praktyce jednak rzadko zwracamy na to uwagę. Skupienie na unikaniu wykrycia skutecznie odciąga wzrok od niedoskonałości.
Niestety czasem zdarzy się grze przyciąć. Spadki płynności są odczuwalne, ale na szczęście nigdy nie wybijają całkowicie z rytmu.



Werdykt
Styx: Blades of Greed to gra dla konkretnego odbiorcy. Jeśli lubicie klasyczne, wymagające skradanki, w których jeden błąd oznacza porażkę, to będziecie zadowoleni. Jeśli oczekujecie swobody i możliwości przejścia gry na Rambo, raczej szybko się odbijecie.
To solidny, momentami bardzo satysfakcjonujący tytuł, który nie próbuje przypodobać się wszystkim. Mocny średniak, ale z wyraźną tożsamością, a to w dzisiejszych czasach już sporo.
Grę do recenzji udostępniła firma Nacon.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.