Jak sama nazwa gry… wróć! Jak sama nazwa “produktu” wskazuje, nie ma gry, więc nie będzie recenzji. Nawet nie otwierajcie tego wpisu!
Dlaczego to zrobiliście? Przecież pisałem Wam wyraźnie, że nie ma powodu do otwierania tego artykułu. Nie zrecenzuję tutaj żadnej gry, bo jej nie ma! Po co pisać artykuł, skoro nie ma gry zapytacie? No cóż, to akurat postaram się wyjaśnić.
Skąd się wzięło There is no game…
Gdyby There Is No Game: Wrong Dimension było grą, miałoby swoją pierwszą część… a właściwie pierwowzór. There is no game z roku 2015 powstało jako samodzielny projekt Pascala Cammisotto. Jest to francuski deweloper, który na swoim koncie miał już współpracę przy mniejszych grach. Miał jednak pewien pomysł: stworzyć grę, która próbowałaby przekonań gracza, że sama nie jest grą. To jest właśnie fabuła tej… produkcji. Jak widzicie, ma mocno komediowy potencjał.
Pascal na szczęście zrealizował swój pomysł. Używając silnika HTML 5 powstało There is no game, które trafiło na komórki. Czy był to jednak pomysł trafiony? Na pewno domyślacie się, że tak. Tytuł miał szczęście, ponieważ zyskał popularność wśród YouTuberów i w dwa lata po premierze, czyli w 2017 roku ściągnięto go przeszło 3 miliony razy. Co należy przyznać grze, nigdy nie zeszła na ciemną stronę i nie przemyciła reklam aby zarobić.
Twórca chciał dać nam więcej niż 15 minut rozgrywki. Nie chciał przy tym tracić artystycznej autonomiczności i szukać wsparcia dużego studia. W momencie gdy miał ukończone 3 z planowanych 6 rozdziałów rozpoczął kampanię Kickstarter na kwotę 32 tysięcy Euro. I tutaj znowu możecie zgadnąć co się stało… Kampania się nie powiodła. Zebrano tylko 10% kwoty… pomimo, że grę na komórki ściągnięto w tamtym momencie aż 4 miliony razy!
Cammisotto nie poddał się. Stworzył studio Draw Me A Pixel, którego jedynym tytułem roboczym zostało There Is No Game: Wrong Dimension. Pomimo pandemii, dowiozło produkt w 2020 roku, a niedawno wypuściło wersję na Nintendo Switch. Czy jest to dobry tytuł? Czy ten wstęp był potrzebny abym odpowiedział na to pytanie? Uważam, że tak. W każdym pikselu tej gry możemy zobaczyć miłość i zaangażowanie jej twórców. Wydarzenia związane z Kickstarterem odcisnęły na nim swoje piętno, na szczęście w artystyczny i twórczy sposób.
Jeżeli tak jak mnie, zafascynowała Was historia tego tytułu, zainteresuje was fakt, że pierwowzór dostępny jest na platformie Steam. I to totalnie za darmo. Mam nadzieję, że docenicie moje poświęcenie. Ryzykuję, że redaktor naczelny skróci mnie o głowę za podsuwanie Wam linków związanych z komputerami. Niemniej, bawcie się dobrze! Ale wróćmy do There Is No Game: Wrong Dimension…
Rozgrywka? Przecież to nie gra!
Do produkcji podchodziłem nie znając jej pomysłu na… grę. Również na tamtą chwilę nie znałem jej burzliwej historii. Oczywiście tytuł sugeruje nam, że There Is No Game: Wrong Dimension nie powinniśmy brać absolutnie na serio. Co mnie zaskoczyło to fakt, że mamy tu do czynienia z uroczą fabułą, której oczywiście nie chcę za bardzo Wam zdradzić. Ale nie wychodząc zbytnio poza pierwszy rozdział, poznajemy… mówiącą Grę, która nie chce przyznać, że jest grą. Wkrótce jednak łączymy siły aby powstrzymać kogoś bardzo niebezpiecznego. Mister Glitch mocno miesza w oprogramowaniu i ma naprawdę niecne zamiary. Ten chochlik dodatkowo usilnie próbuje rozdzielić Grę od jego dawno zaginionej miłości…
Aby pokonywać kolejne plansze musimy klikać, próbować, a co najważniejsze… myśleć! Gra nagradza pomysłowość i chociaż nie możemy rozwiązać łamigłówek na wiele sposobów, to jednak nie mamy potrzeby, żeby tak właśnie było. Zagadki są bardzo interesujące i satysfakcjonujące. Tego, że są zwariowane, chyba nie muszę dodawać. W tytule jak ten łatwo przesadzić, uciec w lawinę “sucharów” i tak na prawdę zanudzić gracza. W przypadku There Is No Game: Wrong Dimension śmiałem się na prawdę często i byłem bardzo wciągnięty w rozgrywkę. Spodziewałem się, że nie będzie długa aby więc się nią delektować przechodziłem rozdział dziennie, co było odpowiednią i przyjemną około godzinną dawką.
Po drodze zwiedzimy niejeden “wymiar” gry. Raz będzie to walka z menu tytułowym lub innym interfejsem. Kiedy indziej znowu, znajdziemy się w klasycznej przygodówce typu wskaż i kliknij. Trafimy też do świata RPG jak za dawnych gier z Linkiem w roli głównej. Nie będziemy jednak sterować postaciami, są one niezależnymi NPC. Nasze działania i interakcje z menu, przeróżnymi przedmiotami i postaciami w grze będą popychały akcję do przodu. W tym momencie warto wspomnieć o systemie podpowiedzi. Czasem Gra sam powie nam, że zauważył coś ciekawego. Jednak kiedy utknęliśmy w martwym punkcie, możemy otworzyć specjalne menu podpowiedzi, które za darmo pozwoli nam odczytać wskazówki.
Sterowanie
Chciałbym powiedzieć Wam, że przetestowałem grę w trybie zadokowanym, z Pro Controllerem w ręku, jednak musiałbym Was skłamać. Odpaliłem There Is No Game: Wrong Dimension w trybie przenośnym i byłem pewien, że nie ma sensu grać w tą produkcję w jakimkolwiek innym trybie. Musimy cały czas próbować dotknąć przeróżnych punktów na ekranie. Niekiedy zadziałać całkiem szybko, ale nie na tyle często, aby określić tytuł zręcznościowym. Do takich akcji najlepiej sprawdza się dotykowy ekran i kropka. Tym bardziej, posiadacze Nintendo Switch Lite powinni mieć ten tytuł na uwadze.
Grafika i audio
Gra powstała w pikselartowym stylu i ciężko wyobrazić sobie, aby wyglądała inaczej. Właśnie dlatego liczę, że na tym seria nie poprzestanie i w nowej odsłonie jeszcze bardziej mnie zaskoczy. Wspominałem już, że zapał twórców widać na każdym kroku. Dopełnieniem trafionych łamigłówek i humorystycznej linii dialogowej jest właśnie grafika i udźwiękowienie. Muzyka jest przyjemna, ale co ważniejsze dialogi tchnęły życie w postaci, których niekiedy w ogóle nie widzimy na oczy. Mając na uwadze, że to niezależny tytuł, jestem pod wrażeniem jakości gry aktorskiej. Oczywiście, nie mamy tu strasznie dużej liczby postaci, a niektóre głosy pojawiają się parę razy w różnych rolach, jednak wszystko jest w pewnym sensie zazębione i wyjaśnione. Niestety, w There Is No Game: Wrong Dimension nie przeczytamy polskich napisów co może być przeszkodą dla niektórych graczy.
Werdykt
W przypadku There Is No Game: Wrong Dimension mamy przykład flagowego tytułu niezależnego. Zaczął się on od świetnego pomysłu, który został konsekwentnie zrealizowany. Do tego tytuł jest najeżony zaskakująco dowcipnymi i satysfakcjonującymi łamigłówkami. To mocna pozycja dla ludzi lubiących właśnie takie główkowanie, możecie niekiedy poczuć się jak w escape roomie. Jeżeli obawiacie się, że utkniecie jak w klasycznych archaicznych przygodówkach, to system podpowiedzi “na życzenie” powinien Was również ucieszyć. Za cenę 52 zł dostajemy około 5-6h solidnej rozgrywki, którą mogę Wam z czystym sumieniem polecić.
Egzemplarz recenzencki dostarczyło Draw Me a Pixel












Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.