I wtedy wchodzi on, cały na pomarańczowo

Jakość gier na podstawie popularnych anime, to temat rzeka. Zdarzają się oczywiście takie perełki jak Dragon Ball FigterZ czy porządny cykl Pirate Warriors, jednak na każdy dobry tytuł przypadają również produkcje, które poza fan serwisem nie oferują niczego ciekawego. Po dosyć słabym roku 2019, gdzie największym blamażem jest cały czas Jump Force, początek 2020 ma przynieść nam coś, co może być swoistą perłą w koronie dla fanów anime. Mowa oczywiście o Dragon Ball Z: Kakarot.
Dzięki uprzejmości firmy Cenega, 3 grudnia miałem okazję zobaczyć jak prezentuje się nadchodzący tytuł z uniwersum Smoczych Kul. Cały pokaz rozpoczął się od prezentacji tego, co firma Bandai tworzy w ramach marki Dragon Ball. Mowa tu nie tylko o takich aspektach jak gry oraz filmy i seriale anime, lecz również wszelkiego rodzaju gadżety przeznaczone dla zróżnicowanej grupy wiekowej.
Tutaj mogliśmy posłuchać, że firma Gundam Polska, która specjalizuje się w dystrybucji figurek oraz modeli Bandai, ma ogromne plany związane z promocją gadżetów związanych z przygodami Goku i spółki. Mowa o takich rzeczach jak modele oraz figurki, gdzie każdy, bez względu na wiek będzie mógł znaleźć coś dla siebie. Jako fan tego typu klimatów byłem wręcz wniebowzięty i bez cienia przesady mogę powiedzieć, że rok 2020, dla sympatyków twórczości Akiry Toriyamy będzie na pewno owocny w nowe zakupy.

Po prezentacji przyszła pora na delikatną rozgrzewkę przed daniem głównym. Tutaj przystawką miał być mini turniej, gdzie na szali mieliśmy złożyć nasze umiejętności oraz refleks. Tytułem, w którym mieliśmy się zmierzyć był oczywiście Dragon Ball FigtherZ, czyli dla wielu jedna z najlepszych bijatyk związanych z uniwersum. Atmosfera podczas turnieju nosiła w sobie duże znamiona dobrej zabawy oraz zdrowej rywalizacji. Kiedy dodamy do tego jeszcze wyborny system walki, który zgotowała firma Arc System Works, to otrzymamy idealny przepis na kilkadziesiąt minut dobrej zabawy, przerywanej przez ataki specjalne, których animacje robią wrażenie, nieważne czy widzimy je pierwszy czy dwudziesty raz.
Po tak dobrej rozgrzewce przyszła pora na danie główne. Tutaj otrzymaliśmy dwa buildy – jeden prezentujący walkę z bossem, natomiast drugi ukazujący nam wycinek otwartego świata. Po naciśnięciu przycisku start, moim oczom ukazała się dobrze znana scena, ot Son Gohan stawiający czoła Cell’owi w jego perfekcyjnej formie. Tutaj od razu warto nadmienić, że tytuł zaoferuje nam całą historię znaną z Dragon Ball Z, zaczynając od Sagi Saiyan i mając swoje zwieńczenie w Sadze Buu. Już tutaj widać, że twórcy odrobili pracę domową, ponieważ przerywniki filmowe wyglądają jakby ktoś przeniósł gotowe kadry z anime na ekran monitora. Wszystko od ujęć kamery, przez oprawę graficzną wydaje się być listem miłosnym w stronę fanów.
Od strony mechaniki natomiast otrzymujemy tak zwany standard. Ataki wykonujemy przy pomocy jednego przycisku, a wszystkie umiejętności i ciosy specjalne otrzymujemy po użyciu krótkiej kombinacji. W moim odczuciu wszystko na ten moment prezentuje się sprawnie i jedyne do czego mogę mieć zastrzeżenia, to fakt tego, że taki system walki na dłuższą metę może nużyć, jednak ratunek dla tej sytuacji upatruję w drzewkach rozwoju. Jedyną znaczącą wadą jest natomiast kamera, która od czasu do czasu zaczyna wariować przez co nie jesteśmy w stanie ocenić naszej sytuacji na polu walki.
Drugi build pochodził z początku gry, kiedy to stajemy na przeciw Raditza. Tutaj otrzymaliśmy do eksploracji wycinek świata, w którym możemy się swobodnie poruszać. Goku ma do swojej dyspozycji siłę swoich mięśni oraz niezastąpioną chmurkę. Jeśli sądzicie, że wspomniana chmura jest najszybszym środkiem transportu to jesteście w błędzie. Sam szybko porzuciłem ją na rzecz biegania naszego Saiyanina, ze względu na boską niemal prędkość. W tym momencie pomimo swojej kultowości, Nimbus schodzi na drugi plan, jednak po cichu liczę, że w pełnej wersji gry będzie można przyspieszyć nasz niezastąpiony obłok.
Z racji tego, że Kakarot ma być w pierwszej kolejności grą RPG, nie zabrakło zadań pobocznych oraz dodatkowych aktywności pomiędzy wątkiem głównym. Czekają na nas takie urozmaicenia jak łowienie ryb, czy gotowanie potraw z upolowanych zwierząt. W kwestii side-questów, możemy spodziewać się dużej ilości puszczenia oka w stronę fanów uniwersum, ponieważ pieczę nad tytułem sprawuje sam Akira Toriyama. Dzięki temu w zadaniach pobocznych będziemy mogli spotkać postaci, które nigdy nie miały większej ilości czasu antenowego.
Osobiście uważam, że jest to świetny pomysł, dzięki któremu starzy wyjadacze będą mogli poznać zupełnie nowe wątki w swojej ulubionej historii, a nowicjusze otrzymają produkcję, która będzie biletem Premium na statek o nazwie Dragon Ball. Oczywiście, żeby nie było zbyt pięknie, to zadania prezentują klasyczny schemat, na zasadzie; idź – pobij – wróć. Nie wiadomo, czy zadania będą oferowały swego rodzaju efekt zaskoczenia w kwestii tego schematu, jednak po cichu liczę, że pozytywnie się zaskoczę jeśli coś takiego będzie miało miejsce w finalnej wersji. Dla ludzi, którzy nie lubują się w nużących powrotach do zleceniodawców, przychodzę z radosną nowiną, ponieważ po wykonaniu konkretnego zadania automatycznie wracamy do postaci niezależnej.
Opisany wyżej build, również kończył się walką z bossem. Tym razem był to wspomniany wcześniej Raditz i tak samo jak podczas walki z Cellem, każdy przerywnik cechuje się klimatem, którego poziom mocy na pewno jest większy niż 9000. Nikogo nie zdziwi to, jak napiszę, że czekam na Dragon Ball Z: Kakarot. Tytuł na każdym kroku pokazuje, że twórcy wiedzą o co chodzi w magii przygód Goku i na ten moment wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że 17 stycznia ruszymy jeszcze raz na cudowną przygodę. Pomimo kilku mniejszych problemów nie jestem w stanie doszukać się większych uchybień od normy i jedyne co nam wszystkim teraz pozostaje, to przekazywanie deweloperom odpowiedniej ilości energii, żeby tytuł mógł zmyć zły posmak gier na podstawie anime z tego roku.





















Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.