Czasami więcej, bywa przeciwnikiem dobrego
Stare przysłowie mówi, że od przybytku głowa nie boli. Niestety ta zasada nie pasuje do świata gier wideo. Kiedy twórcy próbują z całych sił wypełnić swój tytuł mechanikami po brzegi, bez opamiętania, to często wychodzi na to, że zamiast wciągającej gry otrzymujemy małego potworka. Pomimo tego, że w morzu tytułów da się znaleźć urocze potworki, które mają do zaoferowania choćby jeden ciekawy element, to niektóre kończą na śmietniku historii. Do tej drugiej grupy można bez większych problemów zaliczyć również Aeternoblade 2.
Wielu z was może zachodzić w głowę, czym jest Aeternoblade 2. Jest to w pełni zrozumiałe, ponieważ pierwsza odsłona tego niszowego cyklu zawitała na 3DS-a w 2014 roku. Tytuł pomimo wielu problemów zyskał sympatię graczy, dzięki czemu produkcja trafiła na inne wiodące konsole na rynku. Ambitni twórcy z Corecell Technology (Tajlandia), postanowili iść za ciosem i stworzyć sequel. Pierwotnie tytuł miał zadebiutować w 2016 roku na PlayStation Vita, a rok później na konsolach stacjonarnych. Z przyczyn technicznych produkcja Tajlandczyków zaliczyła spore opóźnienie (dodatkowo nigdy nie trafiając na PS Vita). Taki rozwój zdarzeń nie mógł zwiastować niczego dobrego, prawda?
Niestety tym razem scenariusz, że opóźnienie premiery wpłynie negatywnie na tytuł jest bardzo wyraźny. Zacznijmy od fabuły. Jeśli nigdy nie miałeś styczności z pierwszym Aeternoblade, to możesz zapomnieć o czymś takim jak wprowadzenie. Tutaj jesteśmy wrzucani w sam środek akcji, poznając trójkę naszych herosów; Freyję, Bernarda i Felixa. Ponownie, jeśli nie wiesz jakie wydarzenia miały miejsce w pierwszej części, to będziesz czuł z bohaterami więź na poziomie pięciolatka, który uważa, że jedna zabawka będzie z nim do końca życia, po czym sekundę później wyrzuca ją, bo ma na oku coś ładniejszego. Sytuacji nie ratuje nawet wbudowany w tytuł dziennik opisujący bohaterów, ponieważ oferuje on zdawkowe opisy, których nie zrozumie nikt, poza fanami pierwowzoru.
Sama historia orbituje wokół Freyji oraz alternatywnego wymiaru, który zniknął, przez jej działania w pierwszej części. Jeśli myślicie, że fabuła to mocna strona produkcji, to już spieszę z rozwianiem tych wątpliwości. Otrzymujemy bowiem historię, w której wszystko to co mówią postaci można zrównać do bełkotu, a same wydarzenia są równie intrygujące, co obserwacja schnącej farby. Sytuacji tej nie ratuje nawet fakt, że tytuł może pochwalić się kilkoma scenami, które rzeczywiście dają radę, ponieważ są one całkowicie przysłaniane przez ogólną mierność ścieżki fabularnej.
Skoro fabuła nie dostarcza, to może chociaż mechanika ratuje produkcję? Tutaj mamy sytuację połowiczną. Z jednej strony, kiedy spędzimy z tytułem trochę czasu, to widać, że szkieletem całej gry są sprawdzone mechaniki, które powinny dawać frajdę. Niestety znowu mamy do czynienia z chęcią złapania wielu srok za ogon. Tutaj przed szereg wychodzą sekwencje w pełnym 3D. Tytuł przez większość czasu operuje w dwóch wymiarach. Z niewiadomych przyczyn twórcy pomyśleli jednak, że sekcje w trzech wymiarach, to będzie idealny dodatek do ich gry. Niestety kamera podczas tych momentów zaczyna wariować, a my czujemy się jak bezgłowy kurczak, który stara się ogarnąć gdzie ma kierować trzepot swoich skrzydeł.
A teraz dodajmy do tego niezbyt responsywne sterowanie postaciami, walkę z bossem oraz skakanie po platformach wymierzone co do milimetra. Co możemy otrzymać z takiej mieszanki? Oczywiście, że przepis na frustrację i chęć wyrzucenia Switcha przez okno. Dodatkowo, z racji oddania w nasze ręce trzech grywanych postaci, każda z nich posiada osobne drzewko rozwoju. Tym samym, przez pierwsze kilka godzin jesteśmy bombardowani nowymi mechanikami, bez możliwości zaaklimatyzowania się z już nabytymi zdolnościami. Skutkuje to tym, że przez większość gry miotamy się z tym co zrobić, ponieważ do przejścia konkretnego poziomu potrzebujemy zdolności, którą widzieliśmy na ekranie raz i nigdy z niej nie skorzystaliśmy, aż do wspomnianego momentu.
Tym co jednak trzeba pochwalić, bez cienia ironii, to fakt, że twórcy ciekawie operują czasem, jako zdolnością specjalną. W świecie gry, czas to potężna siła, którą nasi bohaterowie wykorzystują na naszą korzyść. Bez problemu możemy tworzyć swoje klony z przeszłości, które pomogą nam w zagadkach logicznych, bądź cofać wskazówki zegara w celu podleczenia zdrowia. Tytuł należy oczywiście do gatunku metroidvanii, przez co musimy przygotować się na duże ilości backtrackingu. I osobiście bardzo lubię taki motyw, gracz wraca wyposażony w lepszy sprzęt i doświadczenie, żeby dostać się we wcześniej nieodkryte miejsca. Wszystko byłoby z tym w porządku, gdyby nie fakt, że mapa, którą otrzymujemy to coś na co mógł wpaść tylko sadysta, lubujący się w oglądaniu cierpienia innych. W żołnierskich słowa – jest ona brzydka oraz nieczytelna.
Na tą chwilę więc mamy produkcję, której fabułę można spokojnie zapomnieć, już w trakcie ogrywania; rozgrywkę, gdzie na dobrym szkielecie i ciekawym patencie czasu mamy za dużo mechanik oraz udziwnień, które psują dobry efekt. Czy brakuje nam czegoś jeszcze do nazwania tytuły klapą? Oczywiście, że oprawy audiowizualnej, która nie tylko nie zachęca do zapoznania się z produkcją ale odrzuca od niej na odległość kilku kilometrów.
Pierwszym co rzuca się w uszy są głosy postaci. Mogę zrozumieć, że twórcy mieli ograniczony budżet, jednak nic nie usprawiedliwia angażu aktorów, którzy bez problemów przebijają klasykę złych dubbingów growych, łącznie z kultową już “Kanapką z Jill”. Słuchanie przerywników filmowych to klasyczny przykład tortur, które winny być zakazane z urzędu. Tak samo jak w przypadku mechaniki, tutaj też mamy malutkie światełko w tunelu w postaci ścieżki dźwiękowej. Otrzymujemy bowiem całkiem przyjemne brzmienia, które starają się jak najlepiej osłodzić nam obcowanie z produkcją. Tym samym intryguje fakt, że ścieżka dźwiękowa prezentuje tak dobry poziom, który jest momentalnie niweczony przez słaby dubbing.
Skoro wspomniałem o cutscenkach, to warto wspomnieć co nieco o grafice. Tutaj warto zacząć od pozytywnych aspektów, ponieważ tła, które towarzyszą nam podczas dwuwymiarowej podróży, prezentują się przyzwoicie, a czasem nawet bardzo dobrze. Design poziomów również może przykuć oko na dłużej. Nie można też mieć zastrzeżeń do projektów przeciwników i tak zwanych Lordów.
Z drugiej strony spektrum mamy ponownie naszych bohaterów. Podczas rozgrywki nie można się do niczego przyczepić. Problem pojawia się podczas oglądania nieszczęsnych przerywników. Tutaj możemy zobaczyć w pełnej okazałości, jak bardzo twarze naszych herosów są wyciosane w słabej jakości drewnie, a z racji tego, że miałem “przyjemność” ogrywać tytuł na Switchu, to w kwestii detali również nie było mowy o fajerwerkach. Najbardziej intrygującą rzeczą jest fakt, że produkcja nie oferuje wodotrysków graficznych, a i tak potrafi złapać całkiem niezłą zadyszkę w kwestii płynności. Co do aspektów czysto technicznych możemy od czasu do czasu natrafić na nieskończone ekrany ładowania, bądź chwilowe zawieszenia gry.
Dla tych, którzy myśleli, że zakończenie tego przydługiego wywodu będzie pozytywne, powiem bez ogródek – tytuł nie jest warty czasu oraz pieniędzy w obecnej formie. Nie mogę również z czystym sumieniem polecić go do zakupu na jakiejkolwiek wyprzedaży. Powód tego stanu rzeczy jest bardzo prosty – na Switchu jest po prostu o wiele więcej ciekawych gier, które mają bardziej wciągającą fabułę, dobrze zrobioną mechanikę rozgrywki, oraz dubbing, który nie wywoła w was chęci powrotu do początku ery pierwszego PlayStation. Jeśli jednak, ktoś chce przekonać się na własnej skórze, czym jest nowa produkcja Tajlandzkich twórców, to polecam najpierw zaopatrzyć się w pierwszą odsłonę, która trafiła na Switcha, i jeśli ta produkcja trafi w twoje gusta to wtedy możesz wziąć się za sequel. Pamiętaj jednak – robisz to na własną odpowiedzialność.









































Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.