Omae wa mou shindeiru
Każdy, kto korzysta z Internetu nie od dziś, spotkał się z tą frazą nie raz. Wielu oczywiście kojarzy ją z memami, jednak mało osób zdaje sobie sprawę z genezy całego zwrotu. Otóż pierwszy raz można było zapoznać się z tym zdaniem w adaptacji anime serii Fist of the North Star. Mówię o adaptacji, ponieważ manga, będąca protoplastą przygód Kenshiro, powstała w 1983 roku. Niestety, pomimo swojego rodzaju kultu w Japonii oraz umiarkowanej popularności w Ameryce, to u nas w Polsce seria ta nigdy nie zyskała ogromnej bazy fanów. Oczywiście istnieje mała grupa, która rozumie o co chodzi w tym Mad Maxie a’la japońska wyobraźnia, jednak nie jest to liczne grono. Na horyzoncie pojawiła się jednak możliwość zobaczenia o co chodzi w przygodach Kenshiro.
Yakuza silna w tytule jest
Mowa oczywiście o podmiocie tej recenzji, czyli Fist of the North Star: Lost Paradise. Tytuł wyszedł ekskluzywnie na konsole PlayStation 4. Za całość odpowiada Yakuza (Ryu Ga Gotoku) Studio, które ma na swoim koncie cykl przygód z Kiryu Kazumy. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ będzie miało to duże znaczenie w opisie mechanik. Teraz chwila prywaty, osobiście bardzo lubię uniwersum Fist of the North Star. Wizja tego, że doświadczony deweloper bierze na warsztat przygody Kenshiro napawała mnie ogromnym optymizmem, czy jednak wszystko jest takie różowe? Krótka odpowiedź – niestety nie. Oczywiście jest też długa wersja, w której postaram się pokazać, że Fist of the North Star: Lost Paradise warto się zainteresować.
Zacznijmy jednak od początku, czyli fabuły. Na starcie, warto pochwalić twórców, że stworzyli oni nową fabułę, nie widzianą nigdy wcześniej w mandze ani w anime. Wiadomo, jest to historia prosta jak drut, ponieważ towarzyszymy Kenshiro w jego podróży w poszukiwaniu swojej ukochanej, czyli Yurii. Pomimo tego, że całość nie zdobędzie żadnych nagród za najlepszy scenariusz, to jednak wszystko trzyma się kupy (w ramach uniwersum oczywiście) i gracz z miłą chęcią przechodzi przez następne rozdziały. Jak to z twórcami Yakuzy bywa, oddali oni w nasze ręce tonę zadań pobocznych. Aktywności te dzielą się na dwa typy – ciekawe i nudne. Jeśli więc graliście kiedykolwiek w japoński symulator gangstera o miękkim sercu to wszystkie zadania już widzieliście, teraz tylko mają nową otoczkę. Niestety do fabuły wkrada się jeden poważny mankament. Chodzi mianowicie o przerywniki filmowe i długość dialogów. Kiedy w przygodach Kiryu każdy dialog trzymał klimat i dodawał swoje trzy grosze do całości, to u Kena czasami zbyt długie wstawki dialogowe wybijają z wysokooktanowej akcji.
Jednak nie samą fabułą człowiek żyje. Mówimy w końcu o przygodach człowieka, który przy pomocy dotykania odpowiednich punktów witalnych sprawia, że ludzie wybuchają. Nim zaczniecie się zastanawiać nad sensem całości powiem tylko jedno – Japonia, oni mają fantazję do takich konceptów. Wracając. Produkcja śmiga na silniku, który pamięta czasy Yakuzy 5 (PlayStation 3 uśmiecha się zalotnie w naszą stronę). Z tego powodu z jednej strony mamy responsywny system walki, gdzie każdy cios ma swoją wagę, a widok wybuchających głów może dawać tony satysfakcji. Z drugiej jednak mamy ekrany ładowania, za każdym razem kiedy wchodzimy do budynków.
Należy również dodać, że po pewnym czasie otrzymujemy możliwość przemierzania pustkowi przy pomocy samochodu. Dawno nie widziałem pojazdu, który zachowuje się jak kostka masła na rozgrzanej patelni. Kiedy dochodzi do używania hamulca ręcznego to bez problemu można robić bączki jak szalony. Oczywiście nie jest to aż tak duża wada, jednak dla ludzi lubujących się w grach wyścigowych może być to przeszkoda nie do przeskoczenia. Należy wspomnieć też o obecności minigier. Jak to bywa z tymi twórcami, możemy grać w baseball przy pomocy przeciwników i wielkiego metalowego pręta (tak, dobrze czytacie) czy bawić się w barmana. Tutaj nie mam większych uwag, ponieważ jest to poziom do którego studio zdążyło nas przyzwyczaić.
Strona audiowizualna nie odstaje od innych składowych produkcji. Mamy świetny japoński dubbing, gdzie powracają aktorzy znani z Yakuzy. Za struny głosowe naszego bohatera odpowiada ten sam człowiek, którego słyszeliśmy jako Kiryu. Dzięki temu całość wypada naturalnie i wszystko ma niepowtarzalny klimat. I teraz rada, po odpaleniu gry zmieńcie język dialogów na japoński. Angielski dubbing nie pasuje do świata przedstawionego, i zmniejsza on radość z gry. Muzyka jest dynamiczna i nadaje pojedynkom oraz eksploracji odpowiedniego kopa. Grafika, pomimo, że pamięta czasy PS3, prezentuje się nieźle, a animacje wybuchających wrogów dają masę satysfakcji.
Teraz przychodzi najgorsza część całego tekstu, a mianowicie werdykt. Z jednej strony jako fanowi uniwersum oraz sympatykowi twórczości studia odpowiedzialnego za grę, grało mi się wybornie. Toshihiro Nagoshi bez pudła poczuł klimat przygód Kenshiro i przeniósł je na ekrany naszych telewizorów. Z drugiej strony za to wiem, że całość jaką jest materiał źródłowy, jest bardzo specyficznym tworem, który nigdy nie uzyskał popularności w Polsce na miarę Dragon Balla czy Naruto. Pomimo tego, oraz faktu, że mechaniki z przygód Kiryu nie zawsze pasują do Fist of the North Star to polecam tytuł fanom oraz ludziom, którzy chcieliby zobaczyć o co chodzi w całym tym świecie. Pamiętajcie jednak, że całość należy brać z bardzo dużym przymrużeniem oka.
Grę do recenzji przesłała Cenega













































Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.