Konsole nowej generacji po raz kolejny dostają grę niezależną. Czy Jotun zachwyca? Czy może wręcz przeciwnie, zniechęca do przesiadywania przed konsolą? Dowiecie się tego z niniejszej recenzji.
Jotun ukazało się pierwotnie na komputerach klasy PC. Graczom pecetowym produkcja bardzo przypadła do gustu, a teraz posiadacze konsol mają okazję sprawdzić tytuł wzbogacony o Tryb Valhalla, skąd Valhalla Edition w nazwie. Tryb ten stanowi rozwinięcie walk występujących w głównej grze, jednak te starcia są bardziej wymagające. Aczkolwiek w ogólnym rozrachunku Tryb Valhalla nie jest czymś, do czego wracałem.
Jotun umożliwia graczom wcielenie się w Thorę, nordycją wojowniczkę. Zginęła ona w walce, jednakże nie zasłużyła na wstąpienie do mitologicznego raju, Valhalli. Musi więc zebrać pięć run, pokonując wielkich bossów. Tak wygląda zarys fabularny produkcji. Z przykrością muszę przyznać, że historia jest miałka i równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być.
Skoro fabuła nie porywa, może rozgrywka obroni honor recenzowanego dzieła? Na szczęście tak. Podczas podróży Thory będziemy rozwiązywać proste zagadki przestrzenne, zwiedzać świat i, oczywiście, walczyć. Pierwszy element zazwyczaj polega na przesunięciu przeszkód terenowych. W pewnym etapie fabuły napotkamy wielkich przeciwników, ciskających niewiele mniejszymi od nich głazami. Naszym zadaniem będzie omijanie miotanych skalnych pocisków, po czym uderzanie w nie toporem, by przesunąć je i wrzucić w lawę, tworząc most. Temu podobnych zagadek jest nieco w Jotun, przy czym należy zaznaczyć, że w żadnym przypadku nie są to zagwozdki trudne.
Druga składowa rozgrywki pozwala poznawać stworzony przez studio Thunder Lotus Games świat. Świat pełen odnóg i dość rozległy jak na taką grę. Co jakiś czas możemy zboczyć z kursu, by szukać znajdziek, czy okrężnych dróg do celu. Z pewnością nie jest to swoboda na miarę serii Deus Ex, ale stanowi to miłe urozmaicenie.
Walka natomiast jest prosta, ale satysfakcjonująca. Thora może korzystać z szybkiego ataku toporem, mocnego i wolnego oraz z uskakiwania. Nie brakuje również magicznych mocy – przycisk O odpowiada za wykorzystywanie wsparcia bogów, dzięki któremu możemy na przykład się uzdrawiać lub tworzyć naturalne mosty. Na końcu każdego etapu występują bossowie. Walki z nimi są proste w założeniach, ale potrafią być wymagające. Bez dobrego refleksu możecie zapomnieć o wygranej.
Jeśli chodzi o warstwę wizualno-dźwiękową, to w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Graficznie produkcja prezentuje się bardzo dobrze. Ręcznie rysowane plansze i postaci robią bardzo dobre wrażenie i współgrają z mechaniką. Udźwiękowienie również jest bardzo udane. Co prawda muzykę słyszymy z rzadka, ale to, co stanowi o sile tego elementu to głosy. Narratorzy mówią po islandzku, co potęguje wrażenie obcowania z nordyckim dziełem. Jeśli nie wiecie, jak może brzmieć ten język, możecie go skojarzyć z mową Dothraków z Gry o Tron. Brzmienie i styl wypowiedzi są bardzo podobne.
Podsumowując, Jotun należy zaliczyć do udanych produkcji,. Nie jest ona pozbawiona wad, ale ogółem czas spędzony z grą uznaję za udany. Warto dać szansę recenzowanemu tytułowi, gdy już stanieje. 75 zł to jednak za dużo jak na to dzieło.
Ocena portalu: 6.5/10
Dziękuję firmie Thunder Lotus Games za dostarczenie gry do recenzji









Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.