Wydany pierwotnie na PS3 tytuł został zaktualizowany pod konsolę obecnej generacji. Czy debiut na PS4 okazał się nowym życiem dla tej produkcji? Mamy wiele powodów, by w to wątpić.
MX vs. ATV Supercross Encore to odświeżona wersja gry wydanej w ubiegłym roku na poprzednią generację konsol. Już wtedy nie była ona jakoś nadzwyczaj dobra, a oceny zbierane od recenzentów jeszcze bardziej wskazywały, że jest to produkcja mocno przeciętna. Wydawać by się mogło, że twórcy przez dodatkowy rok czasu mają okazję na znaczną poprawę i faktycznie, prawdziwe odświeżenie. Tymczasem, to co dostajemy jest chyba jeszcze gorsze, a dlatego, że wymagania jakie stawia przed twórcami obecna generacja są dużo wyższe aniżeli wtedy.
Dla porządku MX vs. ATV Supercross Encore, to produkcja stworzona przez Rainbow Studios i jak sama nazwa wskazuje mamy do czynienia z wyścigami motocyklami crossowymi. Kurz, piasek, babranina w błocie, hopki, podjazdy, dziury – takie mniej więcej są trasy przeznaczone tej dyscyplinie sportowej. Zacznę może od głównego menu. Do wyboru mamy następujące opcje: pojedynczy wyścig, kariera, rozgrywka online, rozgrywka lokalna, dostosowanie pojazdu i dostosowanie kierowcy.
W pojedynczym wyścigu mamy możliwość wyboru pięć różnych trybów rozgrywki: National, Free Ride, Supercross, Waypoint i Rhythm Racing. National to tradycyjne, nieskomplikowane wyścigi po niezbyt wykręconych trasach bez większych hopek. Ot zwykły wyścig. We Free Ride pojeździmy sobie po dowolnych trasach właściwie bez większego celu, bez limitu czasowego. Możemy poskakać czy też polatać, gdyż mierzona jest zarówno długość naszych skoków jak i czas naszego powietrznego lotu. Supercross, to nic innego jak zawody typowo motocrossowe, czyli dziury, hopki, wyboje i latająca szczęka od nich. Waypoint są to wyścigi bez dokładnie wyznaczonej trasy. Na torze mamy zaznaczone okręgi, coś w rodzaju bramek, checkpointów, jak zwał tak zwał. U góry ekranu pojawia się coś w rodzaju kompasu, który wskazuje nam kierunek, w którym powinniśmy się poruszać i jaka odległość została nam jeszcze do pokonania. Rhythm Racing, czyli jazda po kawałku prostej bez żadnych zakrętów (wyścig z przeszkodami). Mamy tylko górki, pagórki, rampy, a żeby zwyciężyć trzeba odpowiednio balansować ciałem zawodnika i odpowiednio dostosowywać prędkość. Rozgrywka online właściwie nie istnieje, innych graczy można szukać ze świecą. Ani widu ani słychu. Z tego też powodu sytuację odrobinę ratuje możliwość gry lokalnej.
Opisana wyżej część trybów występuje także w trybie kariery. Ciężko tutaj cokolwiek opisać, bo nie ma żadnego punktu zaczepienia. Każde jedne zawody w karierze składają się od 8 do nawet 17 wydarzeń. Po każdej pokonanej klasie odblokowujemy kolejne elementy garderoby czy kolejne elementy wspomagające naszą maszynę. Choć wspomagające, to duże słowo. Ja bym to raczej nazwała zwykłymi kosmetycznymi zmianami, bo jakiś specjalnych różnic między osiągami maszyn na początku gry i na końcu nie widać. Wszystkiego dopełnia jeszcze niezbyt wygórowany poziom trudności, co sprawia, że gra jest nudna, mało wymagająca i nie zachęca do dłuższego obcowania.
Pod względem technicznym też nie jest kolorowo. Fizyka jazdy jest okropna, balans ciałem fatalny, a łącząc to w całość mamy jeden wielki klops. Wyobraźcie sobie kartkę papieru… no może coś mocniejszego tekturkę, a teraz uznajcie, że jest to Wasz motocykl z kierowcą. Takie miałam odczucie podczas gry. Zawodnik z motocyklem tworzą jedną pionową całość, a jego ruchy są mega sztywne. Wychylając drążek w prawo kierowca wraz z motocyklem tworzą kąt prosty. Fatalnie to wygląda. Jak do tego dodacie mało inteligentnych przeciwników, to już gorzej być nie może. Tak głupich zawodników, to już dawno w żadnej grze nie widziałam. Brak mi słów na dalsze wymienianie technicznych baboli.
Pod względem graficznym na pewno jest już dużo lepiej, choć też nie jest to Mount Everest twórczych możliwości. O ile motocykle wyglądają i świergotają “jakoś”, tak cała reszta całkowicie niedomaga wliczając w to latające niczym babie lato elementy otoczenia. Deformacja terenu jest, także naprawdę nie jest aż tak źle. Denerwują ponadto drobne spadki fpsów głównie przy szybkiej jeździe w trybie Waypoint.
Podsumowując, jeśli jesteście fanami sportów motocrossowych, lubicie się ścigać i chcecie zrobić sobie drobną przerwę od dobrych produkcji to możecie sięgnąć po MX vs. ATV Supercross Encore. Natomiast jeśli oczekujecie mocnych wrażeń, adrenaliny i typowo zręcznościowego grania, to lepiej trzy razy zastanówcie się zanim wydacie na to swoje pieniądze.
Grę do recenzji dostarczył: Nordic Games.





































Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.