Na początku tego miesiąca na Nintendo Switch 2 trafiło Hell is Us. Czy warto sięgnąć po tę produkcję w nowej odsłonie? Dowiecie się tego z niniejszej recenzji.
Hell is Us ukazało się na konsolach PlayStation 5 i Xbox Series X|S (oraz na komputerach) w minionym roku. Na portalu znajdziecie oczywiście recenzję napisaną przez Konrada. Do odpowiedniego artykułu możecie przejść z tego odnośnika. Przyznaję, że jakiś czas po premierze sprawdziłem tę grę w ramach PlayStation Plus. Miałem jednak wtedy też inne gry do recenzowania, a więc nie byłem w stanie spędzić z tym tytułem odpowiednio dużo czasu. Kiedy okazało się, że ukaże się on również na Nintendo Switch 2, to z zainteresowaniem skorzystałem z możliwości sprawdzenia tej wersji gry. Czy warto mieć ją w swojej bibliotece na Switchu 2? Cóż, i tak i nie…
Fabuła




Nie będę oczywiście rozpisywał się co do konkretnych wydarzeń, jakich można doświadczyć w Hell is Us. Jeśli regularnie czytacie moje recenzje, to na pewno doskonale wiecie, że jestem przeciwnikiem spoilerów. Uważam, że często najlepiej jest odkrywać historię samemu i nie inaczej jest w przypadku recenzowanej dziś gry. Pozwolę sobie jednak na przedstawienie pewnych podstawowych założeń opowieści. Naszym bohaterem jest były żołnierz, Remi. Mężczyzna miał do wykonania pewną misję na terenie Hadei, ale postanowił zdezerterować i dowiedzieć się czegoś o swojej rodzinie. Muszę tu pochwalić twórców za bardzo sprawnie realizowane przerywniki filmowe. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tajemniczy i dość specyficzny jegomość w garniturze, który przesłuchuje Remiego. Spodobała mi się nie tylko estetyka tej persony, ale i bijąca z niej charyzma.
Nie mogę też nie wspomnieć o Eliasie Toufexisie, użyczającym swojego głosu naszemu bohaterowi. Możecie kojarzyć tego aktora chociażby z Deus Ex: Bunt Ludzkości oraz Deus Ex: Rozłam Ludzkości. W obu tych RPG-ach Toufexis wypowiadał kwestie Adama Jensena, co w moim przekonaniu odpowiadało za świetny klimat. Nie inaczej jest w przypadku Hell is Us. W historii nie brakuje co prawda pewnych paranormalnych elementów, aczkolwiek tworzą one bardzo interesującą wizję alternatywnego świata. Świata, w którym jednocześnie może się okazać, że to my, ludzie, jesteśmy najgorszym, co może spotkać glob. Czy tak jest istotnie? Odpowiedź musicie znaleźć sami – ja mogę podpisać się obiema rękami pod stwierdzeniem, że fabuła w Hell is Us jest angażująca i wciągająca.
Rozgrywka
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że opowieść to zaledwie jeden z filarów gry. Drugim z nich – niezwykle istotnym – jest rozgrywka. Ta w recenzowanym dziele składa się w zasadzie z dwóch elementów – zagadek środowiskowych i walk. Za chwilę przybliżę Wam krótko każdy z tych etapów.
Walka




Zacznijmy od drugiego – walki. Przemierzając Hadeę, natkniemy się czasem na kilka rodzajów broni. Nie oznacza to absolutnie, że wypadają one tak często jak w Borderlands czy innym Cyberpunku 2077. Nie będziecie natomiast ograniczeni tylko do podstawowego – choć jak dla mnie najprzyjemniejszego w obsłudze – miecza limbicznego. Dość wcześnie natkniecie się na dwa topory i możecie się przełączać swobodnie między dwoma przypisanymi do wyposażenia broniami. Jest ich całkiem sporo – możemy znaleźć między innymi wielki młot czy miecz dwuręczny. Ponadto jesteśmy w stanie montować w orężu glify, odblokowujące nowe specjalne ataki. Pamiętajcie też, że w miarę pokonywania tajemniczych stworów, zwiększa się nam poziom broni, a co za tym idzie – zadawane nią obrażenia.
Walka nie należy do najtrudniejszych – przynajmniej na domyślnym poziomie trudności, ale o tym za chwilę – co nie zmienia tego, że jest bardzo przyjemna. Zwłaszcza że na szczęście szybko pojawia się małe urozmaicenie w postaci dodatkowych typów przeciwników. Musimy właśnie ich eliminować, chcąc być w stanie załatwić na dobre innego oponenta. Przydatny jest też nasz dron – za jego pomocą możemy odwrócić uwagę wroga, a nawet (jeśli odblokujemy odpowiednie zdolności) zadać pewne obrażenia. Warto przejść teraz właśnie do zdolności i innych nagród; wiąże się to ze zwiedzaniem świata.
Eksploracja




Hell is Us nie oferuje otwartego świata w pełnym rozumieniu tego określenia. Nie znaczy to bynajmniej, że nie mamy dokąd pójść, aby odkrywać pewne tajemnice. Mapa podzielona jest na kilka regionów, między którymi poruszamy się za pomocą transportera. Natomiast w tych właśnie obszarach działamy już pieszo, starając się na przykład zorientować, dokąd powinniśmy udać się dla zrealizowania kolejnego celu. Trzeba tu wspomnieć, że studio Rogue Factor nie postawiło na jakiekolwiek znaczniki na mapie i wskazania drogi. Zamiast tego priorytetem ma być immersja w świecie i zachęcanie do uważnego czytania odnajdywanych zapisków oraz świadomego brania udziału w rozmowach z postaciami niezależnymi.
Nierzadko w logach czy dialogach znajdziemy informacje na temat świata czy punktów orientacyjnych. Remi ma na wyposażeniu kompas i samodzielne szukanie drogi bardzo mi się spodobało. Za to rozwiązanie studio łapie ode mnie ogromnego plusa. Podobnie zresztą jak za sporo zagadek środowiskowych. Nierzadko nie są one absolutnie wymagane do kontynuowania opowieści, ale często skrywają po prostu wartościowe nagrody. Nie dostajemy też rozwiązania podanego wprost. To my musimy szukać poszlak i wskazówek na temat na przykład kombinacji zamka w okolicy. Dzięki temu otwarcie drzwi sprawia sporo satysfakcji i jest naturalnie osadzone w świecie, w którym działamy.
Grafika, udźwiękowienie i działanie




Jak na razie pisałem o wielu zaletach Hell is Us, ale nie znaczy to automatycznie, że nie zauważyłem żadnych wad gry. Zaliczam do nich chociażby niestety przeciętne udźwiękowienie. O ile Remi brzmi dobrze (podobnie zresztą jak postaci niezależne), o tyle muzyka nie wybija się z tła. Moim zdaniem tkwi tutaj ogromny niewykorzystany potencjał. Nie mogę też nie wspomnieć o najpoważniejszym mankamencie gry, a więc… cóż, stroną techniczną. Gry takie jak Cyberpunk 2077: Ultimate Edition, Donkey Kong Bananza, czy na przykład MOUSE: P.I. For Hire dowiodły, że da się zrobić na Nintendo Switch 2 tytuł działający co najmniej w 40 klatkach na sekundę. Niestety co do Hell is Us nie mam dobrych wieści. Mianowicie, gra celuje w 30 klatek na sekundę, aczkolwiek często zalicza spadki poniżej tej wartości (granicy płynności).
Nie oznacza to, że mamy wtedy przed oczami pokaz slajdów, ale jednak mniej niż 30 klatek nie jest wartością, którą chcę widzieć na ekranie. Nie brakuje także wolno doczytujących się tekstur i jasno widać, gdzie musiały być poczynione cięcia budżetowe. Albo po prostu silnik Unreal Engine 5 nie lubił się z konsolą od Nintendo. Przyznaję, że nie dziwi mnie wyłączenie możliwości nagrywania rozgrywki w Hell is Us. Nie jest to coś, co uważam za normę, ale rozumiem. Ogólnie grać się da, ale kwestie techniczne absolutnie nie są idealne. Nie znajdziemy tu niestety także obsługi ekranu dotykowego (co przydałoby się do operowania po zakładkach tabletu naszej postaci), ani trybu myszki czy sterowania ruchowego. Co tu dużo mówić – jest spory niewykorzystany potencjał i można odnieść wrażenie, że to bardzo leniwie napisany port.
Podsumowanie




Hell is Us byłoby bardzo dobrą grą na Nintendo Switch 2, ale… No właśnie, te „ale”. Strona techniczna to strefa największych problemów. Spadki liczby klatek na sekundę są nagminne i nie jest usprawiedliwione oprawą graficzną. Nie znaczy to, że produkcja wygląda źle na żywo. Nic z tych rzeczy. Gra ma interesujący pomysł na świat i oświetlenie potrafi prezentować się bardzo ładnie. Zaletami są też wciągająca opowieść, brak prowadzenia za rączkę, dobre zagadki środowiskowe i przyjemny system walki. Czy to jednak wystarczająco, aby sięgnąć po ten port? Odpowiedź zależy od Was. Ja polecałbym poczekać na sporą promocję albo – jeśli macie taką możliwość – zagrać na PlayStation 5, Xbox Series X|S lub komputerze. Na Nintendo Switch 2 da się grać, aczkolwiek jest to bez wątpienia najmniej komfortowe doświadczenie.
Kod recenzencki zapewnił wydawca – Nacon.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.