Nadszedł grudzień, a to oznacza kolejny sezon na Avatara. W kinach możemy już oglądać trzecią część filmowej sagi Jamesa Camerona, czyli Avatar: Ogień i popiół. Ubisoft również postanowił przypomnieć nam o swoim growym uniwersum i ponownie zaprosić graczy na Pandorę za sprawą dodatku Avatar: Frontiers of Pandora – Z popiołów. Czy to wystarczający powód, by wrócić do tej niezwykłej krainy?



Powrót do Pandory
Zanim przejdziemy do recenzji samego dodatku Z popiołów, warto na chwilę zatrzymać się przy podstawowej wersji Avatar: Frontiers of Pandora. Recenzję tego tytułu mogliście przeczytać u nas dwa lata temu i, nie ukrywam, byłem wtedy grą wyraźnie usatysfakcjonowany. Przez ostatnie lata zespół Massive Entertainment nie zapomniał jednak o swoim dziele.
Twórcy dostarczyli dwa rozszerzenia fabularne, które zabierały nas do zupełnie nowych rejonów księżyca. Choć trzon rozgrywki nie odbiegał znacząco od tego, co znaliśmy z podstawki, były to solidne porcje dodatkowej zawartości, które bez wątpienia przypadły do gustu fanom świata Avatara.



Nowa perspektywa, nowe wrażenia
Największą nowością, jaka trafiła do gry wraz z grudniową aktualizacją, jest jednak pełnoprawny tryb trzecioosobowy. Co ważne, został on udostępniony całkowicie za darmo, więc nie trzeba posiadać dodatku Z popiołów ani żadnego innego rozszerzenia, aby sprawdzić go w akcji. Dla wielu graczy będzie to idealny moment, by po dłuższej przerwie wrócić do Pandory.
Oryginalnie Frontiers of Pandora było grą w pełni pierwszoosobową. Świat obserwowaliśmy z perspektywy oczu bohatera, a widok zza pleców pojawiał się głównie podczas lotu na Ikranie. Twórcy postanowili jednak pójść o krok dalej i pozwolić graczom swobodnie przełączać się między perspektywą pierwszo- i trzecioosobową niemal przez całą rozgrywkę.
Zmiana ta wnosi do zabawy zaskakująco dużo świeżości. Z kamery umieszczonej za plecami bohatera zupełnie inaczej eksploruje się świat, wyraźniej widać akrobacje, wspinaczkę po skałach czy dynamikę walki. Jedynym wyjątkiem pozostaje pływanie, które wciąż automatycznie przełącza widok na pierwszą osobę. To jednak drobiazg przy tak dużej zmianie, którą zdecydowanie warto sprawdzić w praktyce – nawet jeśli same dodatki fabularne nie do końca was interesują.



Z popiołów
Przechodząc do sedna, czyli dodatku Z popiołów. Na samym początku gra pyta nas, czy chcemy zaimportować postać z podstawowej wersji gry. Warto jednak zaznaczyć, że nie kontynuujemy bezpośrednio jej historii. Nasz bohater pojawia się jedynie w przerywnikach filmowych. Główną postacią dodatku jest So’lek, stonowany i doświadczony wojownik, którego mieliśmy okazję poznać już w podstawowej przygodzie.
Akcja rozszerzenia toczy się rok po wydarzeniach z „podstawki”. Na tereny Lasu Kinglor powraca ZPZ, ale tym razem nie są sami. Wspiera ich klan Mangkwan. To zbuntowane plemię Na’vi, znane również z najnowszego filmu, które odwróciło się od Eywy i tradycyjnych wierzeń innych klanów. Nasz dom zostaje zniszczony, a cała okolica dosłownie staje w płomieniach. Ton opowieści jest wyraźnie mroczniejszy i bardziej przygnębiający niż w pierwotnej historii.
Podobnie jak w filmie, przyjdzie nam walczyć nie tylko z oddziałami ludzi, ale również z wrogimi Na’vi. To wyraźnie zmienia dynamikę rozgrywki. Starcia z rdzennymi mieszkańcami Pandory są bardziej intensywne, szybsze i momentami wręcz osobiste, co nadaje im dodatkowego ciężaru emocjonalnego.
So’lek jako protagonista sprawdza się bardzo dobrze. Jego spokojny, surowy ton głosu idealnie współgra z opowiadaną historią, która jest znacznie bardziej kameralna. Nie mamy tu poczucia walki o los całej Pandory. To przede wszystkim osobista opowieść o stracie, gniewie i konsekwencjach dokonywanych wyborów. Co ważne, znajomość nowego filmu nie jest wymagana, a dodatek nie psuje jego odbioru.



Stare fundamenty, nowy kontekst
Pod względem mechanik Z popiołów pozostaje wierne fundamentom Frontiers of Pandora. Owszem, sterujemy nową postacią i ponownie rozwijamy jej umiejętności, ale trzon rozgrywki pozostaje niezmieniony. Przejmowanie punktów, infiltracja baz i walka z wrogami. Nie jest to próba odkrywania koła na nowo, lecz konsekwentne rozwinięcie idei obecnych w grze od samego początku. To wciąż „Far Cry w kosmosie”, jak pisałem w recenzji oryginału.
Jeśli podobało wam się Frontiers of Pandora, to tutaj otrzymujecie około 20 godzin dodatkowej zabawy, utrzymanej w bardziej pesymistycznym i cięższym tonie. Wszystko to świetnie współgra z nowym trybem trzecioosobowym. Gra nadal wygląda fenomenalnie. Widoki Pandory zachwycają, choć obraz płonącego lasu potrafi autentycznie zaboleć.
Od strony technicznej tytuł prezentuje się bardzo solidnie. To wciąż produkcja Ubisoftu, więc drobne błędy czy niedoskonałości mogą się pojawić, ale nie są one na tyle uciążliwe, by realnie psuć zabawę.



Podsumowanie
W życiu recenzenta przychodzi czasem moment, w którym wraca on do swoich dawnych ocen i spogląda na nie z perspektywy czasu. Moje podejście do Frontiers of Pandora również ewoluowało. Gdy pisałem recenzję podstawowej wersji, nie wiedziałem, jak wiele zawartości i usprawnień twórcy dostarczą po premierze.
Dlatego też ostateczną ocenę warto traktować nie jako werdykt dotyczący wyłącznie dodatku Z popiołów, lecz całego pakietu, jakim jest Avatar: Frontiers of Pandora wraz z rozszerzeniami The Sky Breaker, Secrets of the Spires oraz wszystkimi aktualizacjami z ostatnich dwóch lat. To bardzo solidny, dopracowany tytuł, który z czystym sumieniem mogę polecić nie tylko fanom Avatara, ale również wszystkim miłośnikom efektownych gier akcji z otwartym światem.
Rozgrywka:
Grę do recenzji dostarczyła firma Ubisoft.
Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.