Nights of Azure to pierwsza produkcja studia Gust na obecną generację konsol. Po mrocznych gotyckich grafikach koncepcyjnych i ciekawie zapowiadającym się wątku fabularnym spodziewałam się wiele. Niestety nie przewidziałam, że gra może okazać się jedynie rozgrzewką przed nową trylogią Atelier.
Zacznijmy jednak od początku. Night of Azure to RPG akcji, w którym wcielamy się w postać pół demona. Nasza bohaterka Arnice to agentka kurii, jej zadaniem jest ochraniać nową święta Lilysse. Lilysse jest wszakże ostatnią nadzieją ludzkości, bo na nocnym niebie pojawił się krwawy księżyc zwiastujący przebudzenie króla demonów. Zapowiada się całkiem solidnie, całość osadzona jest w nadmorskim miasteczku o gotyckiej architekturze, więc co mogło pójść nie tak? Otóż wszystko.
Od strony fabularnej gra, choć wykazywała się potencjałem to bardzo kuleje. Przede wszystkim jest krótka i posiada nierówne tempo akcji. Mało ważne sceny i wydarzenia są często tak rozwlekane, że aż korci by dało się je pominąć, natomiast ważne wstawki są szybko ucinane. Same główne bohaterki są nieciekawe. Arnice staje przed trudnym wyborem moralnym, gdyż z jednej strony oczywiście chce ratować świat, a z drugiej nie godzi się na ścieżkę przedstawioną jej przez kurię. Dodatkowo jest jeszcze pół demonem, co mogłoby zachwiać jej lojalność wobec ludzkości. Niestety mimo potencjału twórcy nie rozwinęli tej postaci, nie dali nam też jako graczom czasu by móc faktycznie „wejść w jej skórę” i zastanowić się nad postępowaniem bohaterki. Niezmiernie mi to przeszkadzało szczególnie, że gra miejscami pozwala wybrać opcję dialogową, co dawało nadzieję na ciekawy rozwój wydarzeń. Lilysse jest za to typową japońską dziewczynką z jRPG. Jest niezdarna, słodka, chce poświęcić się w imię dobra. Wielokrotnie w jRPG mamy do czynienia z takimi postaciami, co nauczyło mnie by nie oceniać ich po pierwszym wrażeniu. Często takie postacie są bardziej skomplikowane niż nam się na początku wydawało (np. Vanille z FFXIII lub Eiko z FFIX) jednak tutaj nic takiego się nie wydarzyło. Mimo moich chęci by polubić tę postać nie udało mi się, za co winię głownie twórców. Niestety tak jak i w przypadku Arnice ilość wstawek fabularnych przedstawiających Lylisse jako niezdarną słodką dziewczynkę tak bardzo przeważały, że nic nie było wstanie zmusić mnie do wykrzesania choć odrobiny sympatii dla niej.
Dodatkową kwestią jest więź między dziewczynami. Oczywiście z opisu gry wynika, że jest to głęboka przyjaźń jednak co jakiś czas zdarzył się przerywnik filmowy, który sugerowałby większą zażyłość między nimi. Całość została moim zdaniem zrealizowana bardzo w złym guście i choć fani gry szaleją z fanartami i fanficami to moim zdaniem cały wątek był zupełnie niepotrzebny.
Zostawmy jednak na chwilę fabułę w spokoju. Gry wideo mają to do siebie, że się w nie gra więc może ta część ratuje tę grę? Niestety nie. Jest to RPG akcji, jednak to nie poziom naszej bohaterki czy jej oręże są najważniejszym elementem. Servany, małe stworki, które towarzyszą nam w trakcie eksploracji to cała nasza drużyna. Każde z nich ma przypisaną do siebie rolę, od nas zależy jakich kompanów będziemy używać. Na papierze brzmi to ja spore pole do popisu w obmyślaniu taktyki jednak nasza bohaterka sama w sobie jest tak potężna, że całość schodzi na drugi plan. Bez większych problemów wciskając jeden przycisk możemy przebrnąć przez całą grę. Dodatkowo dość krótką grę bo wedle portalu PSNProfiles możemy z niej wycisnąć wszystko w około 30 godzin – bardzo mało jak na jRPG.
Niestety Nights of Azure w ogólnym rozrachunku zawodzi. Jest krótką historią z niewykorzystanym potencjałem, zapchaj dziurą do rozpoznania sprzętu. Mam jedynie nadzieję, że dzięki temu doświadczeniu studio poznało lepiej PS4 i Atelier Sophie dostarczy nam wielu godzin zabawy na odpowiednim poziomie!
- Nie Japonio, to ci nie wyszło.
Grę do recenzji dostarczył wydawca: KoeiTecmo Europe













Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.