Kung Fury to fantastyczna inicjatywa Davida Sandberga, który zebrał w internecie pieniądze, żeby zrealizować swoje marzenie. Było nim nakręcenie filmu, który sam napisał, wyreżyserował i zagrał główną rolę. Został on udostępniony za darmo w sieci i jest trwającym pół godziny festiwalem radości i motywów, który podziała na każdego pamiętającego lata 80. Została zachowana konwencja policyjnych filmów walki zmiksowana z komedią, czyli połączenie, które jeszcze dwie dekady temu było często spotykane. Film zaczyna się w Miami w latach ’80, klimat neonów samotny glina, który stracił partnera, brzmi typowo. Później jesteśmy bombardowani wszystkim, podróżami w czasie, dinozaurami, Hitlerem, Thorem, robotami i wieloma innymi zaskakującymi klimatycznie motywami. Całkowity miszmasz złożony jednak ze smakiem i humorem. Zachęcam do zobaczenia wersji z lektorem w postaci Tomasza Knapika jak za dawnych lat na VHSie. Filmowi towarzyszy gra Kung Fury: Street Rage i niestety jej potencjał nie został wykorzystany w pełni.
W grze sterujemy tytułowym Kung Fury i z pozoru wygląda ona jak każdy beat’em up, jednak zakres ruchów został tu ograniczony do minimum. Trudno to sobie wyobrazić, ale sterujemy tylko dwoma klawiszami odpowiadającymi za atak w lewo i w prawo, nie możemy nawet poruszać się naszą postacią. Co ciekawe atakować możemy wszystkimi klawiszami łącznie z analogami i wybrać sobie parę dla nas najwygodniejszych. Gra nie ma wymyślnych trybów, wszystko ogranicza się do jednej lokacji. Jest nią ulica, na której mijamy budynki, beczki, nasze Lamborgini Contache, plakaty z Hoffem i walczymy z niekończącymi się falami przeciwników. Napływają oni na nas z obu stron, a naszym zadaniem jest naciskanie przycisków odpowiedzialnych za konkretną z nich. Typowa gra polegająca na refleksie i zręczności, w której jeśli nie popełniamy błędów nabijamy większy mnożnik combo, dzięki czemu dostajemy więcej punktów.
Tu zaczyna się głębia produkcji. Przeciwnicy wychodzą na nas hurtowo i na każdego z nich musimy zastosować inną sekwencję kliknięć. Podstawowych nazistów zabijamy pojedynczym ciosem, oficerów już dwoma, a kobiety nazistki w bieli kombinacją prawo, lewo, prawo lub na odwrót zależnie z której strony nadchodzą. Pomimo, że różnych przeciwników jest tylko piątka, trzeba mieć małpią zręczność, żeby odpowiednio szybko naciskać klawisze odpowiedzialne za kierunek ataku. Nasz Kung Fury nie jest taki łatwy do zabicia i wytrzymuje trzy ciosy. Po każdej śmierci widzimy tablicę wyników i możemy zacząć jeszcze raz. Podczas zabawy miałem wrażenie, że jest to praktycznie gra muzyczna, bo musimy wyczekiwać na odpowiedni moment, żeby wcisnąć klawisz i nie pudłować z timingiem.
Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną trudno się do niej przyczepić. Wszystko wygląda tak jak powinno. Klimat chodzonych bijatyk i automatów z lat ’80 pasuje doskonale. Mamy pikselową grafikę i świetny podkład muzyczny, jednak wszystkiego jest tutaj za mało, nie ważne czy chodzi o poziomy, piosenki czy postacie. Wystarczyło dodać kilka środowisk, jakiś system zbierania doświadczenia, wewnętrzny system wyzwań, a produkcja zyskałaby głębię.
Gra się bardzo przyjemnie i zasada “jeszcze jeden raz” jest tu odczuwalna jak mało gdzie. Jednak niestety patrząc na stosunek zawartości do ceny trudno spojrzeć przychylnym okiem na całość. Jest tu dużo zabawy, ale w takiej formie cena powinna być na poziomie 5 a nie 21 złotych. Podobnych gier na telefony komórkowe opartych na takiej rozgrywce są setki i większość z nich jest darmowa. Kung Fury: Street Rage można dać szansę, jednak warto poczekać na odpowiednią okazję i zrobić to na jakiejś wyprzedaży.









Dołącz do dyskusji
Zaloguj się lub załóż konto, by skomentować ten wpis.