Metal Gear Survive – Opinia

Tego się nie spodziewałem…

Materiał zrealizowany dzięki uprzejmości Techland Wydawnictwo.

 

Wiem, rozumiem, fala hate’u – Konami fe, Kojima sobie poszedł, Metal Geara bez niego nie ma itp. Ale! Nie grałem w ostatnie dzieła Kojimy, więc podejmuje wyzwanie i biorę Metal Gear Surive na warsztat! Pozwólcie, że podzielę moją opinie na części, tak powinno być łatwiej 🙂

Fabuła… pokuszę się o porównanie :>. Kiedy emocje opadły i spojrzałem na wątek fabularny z dystansu, skojarzył mi się z tak zwaną „domówką”. Skąd takie skojarzenie? Wygląda to mniej więcej tak. Jesteśmy na domówce (w Dite). Mamy bazę, którą interpretuje jako odwzorowanie tego co pamiętamy z imprezy. Budzimy się w szoku, nie wiedząc gdzie jesteśmy, słyszymy jakiś głos (telefon od ojca odebrany udem w kieszeni) otacza nas cała masa obcych niebezpiecznych ludzi, z przesadzoną ilością błyskotek (Wanderers), no i co robić? Potrzebujemy danych! Informacji, które pomogą nam ocenić sytuację i dadzą poczucie bezpieczeństwa. Skąd wytrzaśniemy te dane? Od naszych ziomków, przecież niemożliwe, że jesteśmy tutaj sami! Więc chodzimy po domu (Dite), rozprawiając się z męczącymi obcymi (Wanderers) czasem rzucając im butelkę na wabik. Znajdujemy leżącego, nieprzytomnego towarzysza, bierzemy go na plecy i zanosimy do bezpiecznego pokoju, broniąc przez kilka minut przed ludźmi, którzy chcą zrobić zdjęcie zezgonowanemu (obrona teleportu zanim się odpali).

Udało się! Ziomek się budzi i mówi nam co wie. Z dodatkowymi danymi zaczynamy ogarniać co się dzieję (rozbudowywanie bazy) i lepiej radzić sobie w otoczeniu (dodatkowe przedmioty i budowle). Zostawiamy przyjaciela w bezpiecznym miejscu, wyznaczając mu jakieś zadanie (Base crew) i ruszamy coraz dalej w głąb domówki w poszukiwaniu kolejnych przyjaciół! Kiedy zbierzemy dość dużo danych możemy podjąć próbę ucieczki z imprezy jednak jedyne co osiągamy to zmiana pokoju (druga mapa). Czemu tylko tyle? Bo Ojciec właściciela (The of The Dust) wcześniej wrócił z delegacji i próbuje rozgonić imprezę. Potem próbujemy się wymknąć z imprezy unikając rozmowy o odpowiedzialności z ojcem właściciela (Lord of The Dust), jednak jak to w życiu bywa nie będzie to łatwe i będziemy musieli stawić czoła wkurzonemu ojcu kolegi.

Jak już idziemy w porównania to zaserwuję Wam kolejne! Otwieraliście kiedyś paczkę chipsów na długiej przerwie w szkole? W trybie mulit poczułem się dokładnie jak posiadacz tej paczki :D. Gramy we czwórkę i robimy co możemy, aby uratować naszą „paczkę chipsów”, jednak wróćmy do samej gry. Dostaliśmy kilka map, na których mamy za zadanie bronić wiertła wydobywającego drogocenny Kuban przed hordami zombiaków. Wygląda to tak, że lądujemy we czwórkę, kilkadziesiąt metrów od wiertła i musimy dobiec do niego, zbierając po drodze możliwie jak najwięcej materiałów, które pomogą nam w przetrwaniu. Po dobiegnięciu, zostaje nam trochę czasu na przygotowanie otoczenia na zbliżające się hordy, więc stawiamy, płotki, sitaki, miny, śmigła czy inne cuda, które udało nam się odkryć w grze solo lub online i bierzemy się za obronę. Metodę obrony ogranicza tylko nasza wyobraźnia i oczywiście sprzęt jaki mamy przy sobie, co w efekcie daje całą masę możliwości dobrej zabawy. Do przeżycia mamy trzy fazy, rozpoczynające się kolejno oddzielony krótkimi przerwami na uzupełnienie amunicji czy płotków. Każda kolejna faza trwa nieco dłużej i jest znacznie trudniejsza. Do dyspozycji oczywiście mamy jeszcze kilka upgrade’ów, które ułatwiają nam walkę. Summa summarum, gra się w to naprawdę dobrze i nie wiem czy to kwestia mechanik z poprzedniego Metal Gear’a, czy dobrego towarzystwa w grze multi. Mapy polegają właśnie na survival’u, którego częścią jest współpraca i odpowiednie przygotowanie do potyczki. Oczywiście trafiają się ziomeczki, które wlatują w spawn mobów i kasują bidaków, zanim Ci jeszcze się podniosą, przez co psują zabawę pozostałym, ale z drugiej strony gdzie takich nie ma…

Patrząc z dystansu na całość jest to dobra mechanicznie gra, której zabrakło scenariusza. Jednak nie wpływa to na dobrą zabawę, jaką daję tryb multiplayer (satysfakcja z bicia zombiaków z ziomkami zawsze dobra), a i w fabułę można się wkręcić i wyciągnąć z tego jakiś pozytywnie spędzony czas, tak jak np. ja u mnie przez pierwsze 2 dni grania. Myślę, że tytuł przyjął by się dużo lepiej, gdyby w nazwie nie miał Metal Gear’a, ale to już sprawy wielkich korporacji, w które wolę się nie mieszać ;). Jako duży plus odbieram kolaboracje trybu offline z trybem online. Oba płynnie łączą się ze sobą i mimo łatwiejszego podbijania poziomu postaci i dostępu do lepszego sprzętu na onlinie po prostu zginiemy jak zabraknie nam wody czy jedzenia, który możemy zdobyć tylko w offline’ie. Zapomniałem wspomnieć o mikropłatnościach! Ale to tylko dlatego, że nie rażą one w oczy i przez całą moją przygodę z MGS nie poczułem się namawiany, albo zmuszany do wydania jakiejkolwiek kwoty. Nie popieram mikropłatności, ale tutaj nie wyczułem opcji Pay to Win. 10 dolców za slot na druga postać to lekka przeginka, ale jedyne czego nie możemy zmienić w naszym podstawowym awatarze to płeć. Ja zawsze gram kobietami więc totalnie nie potrzebuje drugiej postaci.

Podsumowując. Dostaliśmy Metal Gear’a, który nie jest Metal Gearem, ale gra się w niego tak samo jak w Metal Gear’a tylko zupełnie inaczej… To jest – zabijamy zombiaki i budujemy bazę – to chyba dobre zdanie. Mimo masy absurdów z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dobrze się bawiłem przy tym tytule, ale raczej nie będę do niego wracał z sentymentem.

PLUSY:
+ mechanika,
+ satysfakcja z dźgania zombiaków,
+ świetne połączenie trybów multi i solo,

 

MINUSY:
tytuł…
fabuła,
mikropłatności.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.